środa, 19 lipca 2017

Rozdział 28 "Każdej bym się tu spodziewał, ale kurwa, nie Ciebie"


 Rozdział XXVIII "Każdej bym się tu spodziewał, ale kurwa, nie Ciebie"

ZANIM ZACZNIESZ CZYTAĆ ROZDZIAŁ, PRZECZYTAJ KRÓTKIE PRZEMÓWIENIE 


Cześć 

Miał być wcześniej, tak, tak, jednak tym razem to nie ode mnie zależało 
Możecie mi wierzyć lub nie, ale rozdział był napisany cały już trzy tygodnie temu, tak, to nie jest oryginalna wersja rozdziału, chociaż ta jest dłuższa i bardziej rozpisana
Dostałam nagłej weny i napisałam w nocy trzy tygodnie temu ponad połowę rozdziału (Już miałam wcześniej trochę napisane, bo zawsze piszę więcej niż rozdział, żeby mieć potem od czego zacząć) 
Od razu chciałam go dodać, wszystko sobie skopiowałam i wysłałam na maila 
Okazało się, że był jakiś błąd i wysłały się tylko pierwsze dwa zdania, świetnie, co? 
Co najśmieszniejsze, jak zobaczyłam, że mam wiadomość z rozdziałem, nawet tego nie sprawdziłam, tylko usunęłam wersje roboczą z notatnika na telefonie, brawo Maggie brawo 
Wiecie, wiedziałam co mam napisać i jak to ma wyglądać, ale przez długi czas nie mogłam przeżyć tego, że tyle pracy poszło na marne, ale to jest w sumie mój błąd i nauczka 
Uważam, że wyszło mi to na dobre, bo rozdział jest najdłuższy, jaki dotąd napisałam, ma 15 stron w wordzie, a oryginalna wersja miała na oko 11. 
No nic, miłego czytania i uprzedzam, że może się nie spodobać wszystkim, bo posunęłam się w nim bardzo daleko, nieważne, opowiadanie jak ja to lubię wspominać, nie jest dla dzieci i matek Teres z Kalkuty. 
Zapraszam! 


Po tym jak Fred zniknął za winklem, rodzeństwo wróciło do swojego taty, stojącego dalej w progach lochu.

- A gdzie jest Fred? - zapytał ich, nie widząc swojego trzeciego dziecka. 
- Fred powiedział, że... 
- Fred zabrał Hermionę do domu - przerwał George swojej siostrze. Nie chciał, by ojciec martwił się jeszcze o niego. - Zrobiło jej się słabo, więc stwierdziliśmy, że tak będzie najlepiej - dokończył. Potrafił świetnie kłamać, dlatego Pan Weasley nie wyczuł w tym ani grama nieprawdy. Skinął głową i przetrzepał zakurzone ubranie. 
- Dobra, plan jest taki - znów przemówił George, patrząc na członków rodziny -  Tato, przeteleportuj się z Ginny do domu, a ja poinformuje pozostałych, że mamy się ewakuować 
- Nie ma mowy, muszę im pomóc, to z mojego powodu tu jesteście - nie zgodził się Artur, patrząc z poczuciem winy na swojego syna. 
- Tato proszę, jesteś pewnie wykończony - odezwała się Ginny, gładząc ojca po ramieniu - zrób to dla nas 
- Ale... 
- Tato, już po wszystkim, za dużo się nacierpiałeś - napierał rudzielec, patrząc z zatroskaną miną na niego. Artur westchnął. 
- Dobrze - przystał na prośby swoich dzieci - Ale jeżeli do godziny nie wrócicie, ani mi się śni siedzieć bezczynnie - spojrzał poważnym wzrokiem na chłopaka i złapał Ginny pod ramię. 
- Przyprowadź mi wszystkich bezpiecznie do domu, synu - dodał jeszcze i nie minęła sekunda, kiedy równocześnie zniknęli. George wypuścił powietrze przez usta i przeczesał ręką włosy. Nie od dzisiaj bliźniacy kryli się nawzajem. I w tym wypadku nie mogło być inaczej. Musiał uratować sytuacje, kiedy Ginny prawie wyśpiewała prawdę. Której, wprawdzie oni sami nie znają, jednak po co przysparzać ojcu więcej zmartwień? Nie powinien słuchać o problemach, kiedy jeszcze godzinę temu nie był pewny, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy światło dzienne. Nastolatek po chwili odpoczynku, ruszył przed siebie. Gdy wydostał się z ukrytego lochu, szedł na wyczucie w miejsce, gdzie byli wszyscy jego bliscy. Idąc, zastanawiał się, co takiego zrobił Fred. Znał go tak dobrze, jak siebie, więc widział od razu, że to nie była kwestia grubiańskiego tekstu czy jego niewyparzonych łap. Chodziło o coś poważniejszego. O coś, co wywołało u niego przerażenie. Miał nadzieję, że szybko będzie mógł z nim o tym porozmawiać, bo nienawidził czegoś nie wiedzieć. Po pięciu minutach drogi w końcu znalazł salon. Odczekał chwilę za winklem, wypatrując momentu, kiedy nie będzie narażony na falę zaklęć, przebiegł kompletnie niezauważony do wielkiego kominka, za którym wciąż stał Ron, rzucając zaklęcia z ukrycia.
- Ron! - krzyknął do młodszego brata, by ten go zauważył. George zdołał podejść jeszcze bliżej i chłopak dopiero wtedy spojrzał na niego przerażonymi oczami. 
- Ron, odbiliśmy tatę, jest już w domu - w tym momencie chwycił brata za ramię i go zniżył, by nie dostał rzuconym przez śmierciożercę zaklęciem. Błyskawicznie bliźniak zareagował tym samym, lecz tym razem trafiając. Śmierciożerca ogarnięty "Drętwotą" zniknął momentalnie w pyle i zamieszaniu. 
- To co teraz? - kontynuował przerwaną rozmowę Ron, kierując się jeszcze bardziej wgłąb ściany. George zrobił to samo, chcąc ustanowić bezpieczną strefę podczas ich rozmowy. 
- Zrobimy tak - zaczął George, wyciągając z kieszeni lepką kulkę, która przez jakieś magiczne zaklęcie nie została uszkodzona, ani nie ubrudziła mu spodni - mam tutaj łajnobombe braciszku, gdy nią rzucę, zrobi się niezłe zamieszanie, ale nie na długo, więc my w tym czasie mamy przewagę, żeby poinformować resztę o ewakuacji 
- Dobra - młodszy brat kiwnął ochoczo głową. 
- To na trzy - George podrzucił kilka razy bryłę galaretowatej bomby, szukając najlepszego punktu do jej wyrzucenia. 
- Raz - powiedział podniecony Ron, ustawiając się w pozycji do biegu. 
- Dwa - George uśmiechnął się do brata z diabolicznym uśmieszkiem - czas dać czadu, młody - zanim młodszy brat zdołał się obejrzeć, bliźniak zamachnął się, wyrzucając swój wynalazek pośród walki i pyłu. Potem było już tylko wielkie BUM. 

                           *** 


Hermiona delikatnie zaczęła uchylać powieki. Gdy promienie słońca zaatakowały jej oczy, podniosła ręce i zaczęła je trzeć. Gdy już przeniosła się do pozycji siedzącej, przeczesała rękami poplątane włosy. Otworzyła całkiem oczy. Znajdowała się w całkiem obcym dla siebie miejscu. Rozejrzała się zdezorientowana i dostrzegła, że leży na jakimś dużym, pokrytym śnieżnobiałym prześcieradłem łóżku, okryta kołdrą w takim samym kolorze. Cały pokój był drewniany, z dużym oknem z widokiem na nieznany jej las. W innych okolicznościach pewnie zachwyciłaby się tym krajobrazem, jednak bardziej interesowało ją w tym momencie jak do licha się tu znalazła i gdzie w ogóle do licha jest. 

Po chwili szoku, postanowiła wstać. Przetarła zmęczoną twarz i rozpuściła nadal splątane w luźną kitkę włosy. 
W głowie, oprócz zdezorientowania, jej główną myślą był Malfoy. Była tak na siebie wściekła. Zadziałała wczoraj pod wpływem emocji, przy czym wystawiła mu się jak na tacy. Tragicznie to rozegrała i równie tragiczne byłyby tego skutki, gdyby nie Fred. Była mu wdzięczna za pomoc, jednak jeszcze większy żal kuł ją w serce, dlatego, że sam ją wystawił na niebezpieczeństwo. 
Gdy próbowała rozprostować wszystkie kości, dopiero teraz poczuła przeraźliwy ból we wszystkich kończynach. Dokładnie pamiętała każdy cios zadany przez Malfoy'a. Oprócz nienawiści do blondyna teraz pojawił się również przeraźliwy strach. 
Stojąc tak i obserwując każdy możliwy przedmiot w pokoju, w końcu ruszyła w kierunku drzwi. Otworzyła je szybkim ruchem. Była pełna obaw, co za nimi zobaczy. Gdy już były otwarte na oścież, niepewnie za nie spojrzała. Ukazało się jej także drewniane pomieszczenie. Była to kuchnia połączona z jadalnią. Było bardzo jasno, ponieważ za meblami kuchennymi umieszczone było szerokie okno. Wyglądało to trochę, jakby cała kuchnia stała na świeżym powietrzu. Na przeciwko zestawu szafek kuchennych stał duży, drewniany stolik przy którym siedział Fred. Dopiero teraz, gdy zlustrowała wzrokiem całe pomieszczenie,  zauważyła go. Siedział rozłożony przy stole, pewnie przez wycieńczenie po wczorajszej bitwie. Przed nim stało średniej wielkości, okrągłe lusterko. Sam chłopak siedział z pęsetą w ręku i z podciągniętą koszulką. Wyciągał nią kawałki szkła i innych drobnych elementów z dość dużej rany na klatce piersiowej. 
- Hej - powiedziała nieśmiale szatynka. Nie wiedziała, co ma powiedzieć innego. Nie wiedziała, czy mu podziękować czy wygarnąć. Nic już nie wiedziała. Chłopak spojrzał na nią z pod pół długich, rozczochranych włosów. 
- Ooo, hej - przywitał się zmieszany - w końcu wstałaś 
- Gdzie my jesteśmy? 
- Hmm.. wydaje mi się, że to jest coś w rodzaju dużej altanki, kiedyś tu mieszkali moi dziadkowie, a teraz służy nam jako taki trochę domek letniskowy - nie patrząc już na nią, dalej bawił się we własnego lekarza. 
- Co Ty robisz? - zapytała, widząc jak syczy przy każdym zetknięciu przedmiotu ze skórą. 
- W sumie to próbuje usunąć z siebie ciała obce - Hermiona nawet nie mogła odczytać czy chłopak mówi to żartobliwie czy na poważnie. - wpadłem wczoraj w kilka szklanych gablotek, całkiem fajne doświadczenie 
- Mhm - mruknęła tylko i potarła rękami ramiona. 
- Jak się czujesz? - tym razem spojrzał na nią z zatroskaną miną. 
- A jak mam się czuć? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. Nie było ono zbyt trafne w tym momencie. Rudzielec wyraźnie zmieszany, spuścił wzrok.
- Hermiona, ja... 
- Daj, pomogę Ci - przerwała mu. Nie była gotowa, by rozmawiać o tym, co zdarzyło się wczoraj. To było za świeże. Podeszła do niego szybkim krokiem i zabrała mu pęsetę z ręki. 
- Ściągnij tą koszulkę - pokręciła głową. Czasami miała wrażenie, że ma do czynienia z małym dzieckiem. Chłopak posłusznie ściągnął przez głowę koszulkę. Hermiona otworzyła szerzej oczy. Już nawet nie chodziło o jego umięśniony brzuch, przyzwyczaiła się do takiego widoku, przez to, że rudzielec bez przerwy chodzi do połowy rozebrany. Chodziło o to, że jego ramiona, klatka piersiowa i brzuch były pokryte licznymi ranami i siniakami. Zastanawiała się, jak on jeszcze normalnie funkcjonuje bez stękania i jęczenia z bólu. 
- Chyba tych gablotek było dużo - dziewczyna pokręciła głową - wstawaj - poleciła. Rudzielec wstał niezgrabnie, wypuszczając ciężko powietrze. Patrzył cały czas na nią podejrzliwie, bo nie mógł jej rozczytać. Hermiona nasączyła wacik spirytusem, po czym usiadła na przeciwko niego na stole. Nie chciała na niego spojrzeć, ponieważ nawet teraz czuła chemie, bijącą miedzy sobą a gryfonem. Nie mogła wiecznie oszukiwać samej siebie i tłumić w sobie natury kobiety. 
- Chciałbym Ci wyjaśnić, jak było, Hermiona 
- Nie oczekuje od Ciebie tego - odpowiedziała szorstko i szybkim ruchem wyciągnęła małe szkiełko wbite w skórę chłopaka. 
- A ja nie oczekuje, że mi uwierzysz, ale...
- Każdy wierzy w to co słyszy i widzi - znów go szybko zripostowała. Udawała, że jest bardzo skupiona na swoim zadaniu, jednak tak naprawdę miała ochotę mu wbić tą pęsetę w oko. 
- Gdybyś umiała mi czytać w myślach, to byś wiedziała, że...
- Ale nie umiem, Fred - spojrzała na niego wzrokiem wywołującym wyrzuty sumienia. Chłopak westchnął i spojrzał  w bok. Bo niby jak ma jej udowodnić, jaki miał tak naprawdę plan? 
- Nie możesz mnie po prostu wysłuchać? - popatrzył na nią błagającym wzrokiem. 
- Wysłuchać? Ja już się nasłuchałam wystarczająco - dziewczyna nie schodziła z obojętnego tonu i udawała, że bardziej interesuje ją wyciąganie szkiełek z jego skóry. 
- To, co słyszałaś, to nie była prawda! - Fred dał nacisk na ostatnie dwa słowa, spinając przy tym wszystkie mięśnie. Kolejne szkiełko wylądowało prosto z piersi chłopaka do metalowego pojemniczka. 
- Pozwól Fred, że sama sobie wybiorę, co uważam za prawdę - dalej nie skupiała na nim większej uwagi. Natrafiła na dość duży odłamek szkła pod lewą piersią chłopaka. Wyglądało to dość poważnie, bo cała skóra dookoła rany była opuchnięta i czerwona. 
- Dlaczego nie dasz sobie nic powiedzieć? - zapytał wyraźnie sfrustrowany - czemu nie dasz mi szansy na wyjaśnienia? 
- Mówiłam Ci już - delikatnie otarła wacikiem miejsce dookoła rany - nie ma co wyjaśniać 
- Hermiona, w co Ty grasz? 
- Śmieszne, że akurat Ty to mówisz - czuła, jak buzuje w niej coraz większa złość. Jak on w ogóle miał czelność dalej zgrywać skrzywdzonego bohatera? Delikatnie pociągnęła pęsetą za głęboko osadzony duży kawałek szkła.  
- Ał... - mruknął rudzielec, na co dziewczyna nawet nie zwróciła uwagi. 
- Nie jestem idiotką, jakbyś chciał wiedzieć - naprawdę próbowała nie wybuchnąć gniewem. Coraz mocniej szarpała szkiełko, nie zważając na ból, jaki mu przy tym sprawia. 
- Wiem... ała - chłopak zacisnął pięści, a na jego twarzy pojawił się grymas. 
- W sumie to nie mam się o co gniewać, to miał być tylko szybki numerek, co? 
- Hermiona... 
- Zastanawia mnie tylko to, dlaczego zareagowałeś i zagrałeś bohatera, przecież nie taki był Twój plan 
- Do cholery, to wcale nie był mój plan! 
- Chyba się trochę przeliczyłeś, jeżeli myślałeś, że na to pójdę, kurczę, może następnym razem 
- Miona, przestań, ja.... kurwa, ała! - już nie mógł wytrzymać z bólu, zwłaszcza, że szatynka celowo grzebała w tej ranie tak zamaszyście, jakby chciała go dobić. 
- Nie wiem, co mi odbiło przez ten cały miesiąc, ale miej pewność, że to się skończy szybciej niż się zaczęło 
- Hermio.... 
- Dość tych nerwów i gierek, chyba nie pasuje do Twojego zepsutego i beztroskiego świata
- Uważaj - chłopak próbował zachować spokój, bo widział, że szatynka ledwo co trzyma nerwy na wodzy, wyżywając się przy tym na jego skórze. 
- Przestań chociaż udawać, że się o mnie martwisz, bo to gówno prawda 
- Hermiona, uważaj 
- Jesteś niezłym aktorem, Fred, prawie się nabrałam na Twoje słodkie słówka, ale wczoraj udowodniłeś, jakim jesteś skończonym dupkiem! 
- Hermio... - chłopak niefortunnie chciał uratować sytuacje, łapiąc ją za nadgarstek, jednak na jego niekorzyść, gryfonka zrobiła zamaszysty, przepełniony złością ruch, próbując wyrwać mu odłamek ze skóry. 
- Kurwa! - krzyknął Fred, gdy szkiełko wbiło się jeszcze głębiej, przecinając o połowę więcej skóry, niż było na początku. Krew zaczęła spływać z niego jak z nasączonej gąbki. 
- O matko... - dopiero teraz Hermiona zwróciła uwagę, co najlepszego zrobiła. Natychmiast zeskoczyła ze stołu i poleciała do blatu w kuchni, gdzie leżało pudełko chusteczek. Fred próbując powstrzymać krwotok, obrócił się tyłem do stołu i się o niego oparł, krzywiąc twarz z bólu. Dziewczyna pospiesznie do niego podeszła i tym razem delikatnie, lecz szybko zaczęła wycierać zakrwawiony obszar jego brzucha. 
- Błagam, chociaż teraz mnie wysłuchaj - wystękał zwijający się z bólu chłopak. 
- Fred, nie teraz, jesteś niemożliwy - skomentowała to gryfonka, łapiąc pęsetę - może troszkę zaboleć 
- Mhm... - przytaknął rudzielec, próbując wytrzymać. Czuł, jakby paliła mu się żywcem skóra. Hermiona spojrzała na niego, po czym szybkim ruchem wyciągnęła odłamek w całości. Okazał się jeszcze większy niż sam wystający fragment. Do tej pory dziwiła się, jak Fred normalnie funkcjonował z kilkucentymetrowym szkłem w ciele. Chłopak stęknął gdy wyciągniecie odłamka nieuchronnie przecięło mu jeszcze większą część skóry. Hermiona przyłożyła mu do rany chusteczkę, która po chwili była już kompletnie czerwona. 
- Gdzie masz jakiś ręcznik? - zapytała przestraszona, gdy jej ręce robiły się coraz bardziej umazane krwią - zresztą, nieważne - chwyciła w pośpiechu jego koszulkę i zatamowała krwotok. 
- To... to nic - wystękał chłopak, próbując ją uspokoić, jednak w środku miał ochotę w coś przywalić z bólu. Hermiona mocno przyciskała materiałem ranę. Mimo, że chciała, aby choć trochę poczuł się tak jak ona wczoraj, to na pewno nie w taki sposób. 
- Nadal boli? - zapytała po kilku minutach, gdy krwawienie powoli zaczęło ustawać. 
- Nie bolało w ogóle - zarzekł się gryfon. Hermiona przewróciła demonstracyjnie oczami. Nawet w takim momencie musiał udowadniać swoją męskość. Dziewczyna chwyciła kilka chusteczek w rękę, nasączyła je spirytusem i delikatnie zaczęła ocierać nim ranę. 
- To jak? - zapytał w końcu rudzielec, próbując złapać z nią kontakt wzrokowy, jednak szatynka wciąż go unikała. 
- Z czym? 
- Dasz mi wyjaśnić jak było naprawdę? - odważył się złapać ją za nadgarstek - Przecież dobrze wiesz, że nigdy bym nie wystawił Cię temu skurwielowi 
- Nie wiem, Fred - Hermiona skupiła się na czyszczeniu umazanego brzucha chłopaka. 
- Znasz mnie, wiesz, że to ostatnie, co bym zrobił - z nadgarstka przeszedł na jej rękę i splótł ją razem ze swoją - to miał być podstęp, nawet nie wiedziałem, że tam będziesz 
- Nie wiem czy mam Ci wierzyć, od kiedy Twoje podstępy się tak kończą? A może to, co mi wciskasz to jeden wielki podstęp? - odważyła się spojrzeć mu w oczy. Bała się uwierzyć w jego słowa, nie chciała się po raz kolejny rozczarować. 
- Hermiona, za kogo Ty mnie masz? - patrzył jej tak głęboko w oczy, że była teraz w stanie łyknąć każdą jego bajeczkę. Nie odpowiedziała mu. Udawała, że skupia się na pozbywaniu się ścieżek krwi, wędrujących od rany w dół jego ciała. Wacikiem przecierała po jego skórze od żeber w kierunku brzucha, a gdy doszła do biodra, zauważyła, że niestety strużki popłynęły także nieco niżej. Zaczerwieniona, spojrzała na Freda, na co ten zmarszczył brwi i uśmiechnął się do niej łobuzersko. 
- Z resztą poradzisz sobie sam, masz przecież rę... - spoglądając na jego dłonie, po raz kolejny dzisiaj sparaliżował ją ten widok. Jego kostki były całe sine i poranione. I znowu w jej głowie pojawił się widok Malfoy'a z całą twarzą we krwi. 
- Co jest? - zapytał zmartwiony rudzielec, kiedy dziewczyna zastygła nagle w miejscu. Zamrugała kilka razy oczami.
- Nic - rzuciła brudną koszulkę na stolik - Masz jakiś bandaż? - zapytała, patrząc już nieco pewniej na niego. 
- Mam, poczekaj chwile - chłopak odwrócił się i wyszedł z kuchni. Hermiona odgarnęła kosmyki włosów z twarzy i przymknęła oczy. Jeszcze nigdy nie była aż tak wykończona. Podeszła do okna. Widok był piękny, jednak nie mogła skupić się na niczym innym, niż wczorajszy wieczór. Czuła się okropnie. Nie przez Freda, tylko przez siebie. Nie chciała mu wierzyć. Naprawdę nie chciała mu wierzyć. Mimo, że jego wersja dobrze kleiła się całej kupy, to nie chciała przyjąć do wiadomości, że sama jest sobie winna. Miała dość podejmowania złych decyzji, zwłaszcza, że w ostatnim czasie robiła to bardzo często. Patrząc tak w krajobraz, dostrzegła w oddali rozciągające się jezioro. Automatycznie marzyła, by się tam znaleźć. Kochała takie miejsca. Z dala od spraw codziennych i wiecznych zmagań w dążeniu do perfekcji.
- To Califord Lake – powiedział nagle Fred, który bezszelestnie wszedł do pokoju, owijając sobie bandaż wokół kostek. Na sobie miał już czystą, białą koszulkę. Hermiona natychmiast odskoczyła od okna, jakby została na czymś przyłapana.
- Jak byłem młodszy, uczyłem się tam pływać – zerknął w stronę jeziora z uśmiechem na twarzy – byłem zły, bo George nauczył się pierwszy, a mi szło dość marnie – wciąż zapatrzony w punkt w oddali, zaśmiał się pod nosem – gdy spędzaliśmy tu wakacje, tata miał ze mną utrapienie, zawziąłem się w sobie i codziennie go prosiłem, żeby tam ze mną chodził
- No proszę – zaśmiała się szatynka, już bardziej rozluźniona.
- Pewnego dnia tata był tak zmęczony, że puścił mnie samego, miałem może z dziesięć lat – przystąpił do obwiązywania drugiej dłoni – dostał za to niezłych zjebów od mamy, ale w ten dzień pływałem już jak rybka
- Musi być tam pięknie
-  Bo jest – Fred zawiązał szczelnie bandaż i rozprostował dwa razy dłonie – to moje ulubione miejsce zaraz po Hogwardzie
- Po Hogwardzie? To dziwne, robisz wszystko, żeby stamtąd wylecieć
-  I to jest właśnie moje życie, Miona  - uśmiechnął się do niej, próbując pokazać jej w głowie coś, co sam widzi – nie ryzykujesz, nie żyjesz
- Jedno zaprzecza drugiemu – dziewczyna pokręciła głową.
- Właśnie to nas różni od siebie, dla Ciebie życie to ciągłe dążenie do czegoś większego, dla mnie czymś większym jest tu i teraz
- Dobrze zaplanowana przyszłość jest bardzo ważna
- Może i jest – wzruszył ramionami – ale mi wystarczy ta chwila, liczy się tylko moment, który aktualnie przeżywasz, rozumiesz?
-  Nie bardzo
-  A gdyby teraz nagle w jakichś nieokreślonych okolicznościach byśmy zginęli, to co wtedy z tą ważną przyszłością? Po co odkładać życie na potem? – chłopak powoli zaczął się zbliżać do szatynki – wiesz, ja na przykład doceniam to, że się dzisiaj obudziłem, że nieźle oberwałem, ale żyje – gdy podszedł na odpowiednią odległość, delikatnie dotknął jej policzka, co wywołało u niej przyjemny dreszcz – cieszę się, że mogę patrzeć na tą śliczną buźkę i znowu zatonąć w twoich bystrych oczkach – przejechał kciukiem po ustach dziewczyny, jakby jedyne o czym marzył to je dotknąć
- Ja tak na to nie patrzę…
- Właśnie o tej różnicy mówię – uśmiechnął się do niej – ale mimo tych różnic, łączy nas porywczość, która niebezpiecznie lubi ze sobą współgrać – oblizał wargi, gdy przez dłuższy czas na nią patrzył – możliwe, że zaraz dostanę w twarz, albo skończymy w łóżku, kocham to, że nie wiem czego mogę się po Tobie spodziewać…
- Ja… - próbowała coś powiedzieć, jednak rudzielec jej przerwał.
- Hermiona, nie wiem czy Cię kocham, ale wiem, że nigdy nie potrzebowałem niczego tak bardzo jak Ciebie – zjechał ręką z jej policzka na ramię, a z ramienia na talie. Uwielbiał, kiedy mógł choć przez chwilę poczuć, że jest cała jego. Kochał ją zdobywać codziennie na nowo.
- Fred, ja… ja nie wiem co mam Ci powiedzieć – przyznała dziewczyna, będąc na czymś w rodzaju huśtawki emocjonalnej. Myślała co innego i chciała co innego.
- Nie musisz nic mówić, po prostu mi uwierz – spojrzał na nią zmartwionym wzrokiem, nie chciał aby czuła się przy nim niezręcznie – nie jestem aż takim dupkiem, za jakiego mnie teraz masz
- A za kogo innego miałam Cię w tamtym momencie mieć? – pokręciła głową i oblizała w nerwach usta – jesteś strasznie skomplikowanym chłopakiem, Fred
- Wiem – odpowiedział nieco oschlej i delikatnie się od niej odsunął. Miał wyrzuty sumienia. Najchętniej sam by sobie dokopał, za to, że to właśnie ona musiała płacić za jego lekkomyślność. Chciał spoważnieć, ale miał za silną osobowość, aby się zmienić z dnia na dzień.
- Przecież tak nie da się żyć, nie widzisz co się dzieje, gdy mamy ze sobą do czynienia? – położyła rękę na jego ramieniu. Nabrała pewności siebie i w końcu zaczęła mówić co dokładnie czuła. Fred wzruszył ramionami.
- Do wszystkiego się można przyzwyczaić, to twoje słowa
- Uważasz, że do tego też można się przyzwyczaić? – wyraźnie zirytowana jego odpowiedzią, wystawiła przed nim dwa sine nadgarstki od wczorajszej szarpaniny  - do tego też? – ponowiła pytanie, podnosząc zamaszyście jego koszulkę, gdzie widniało pełno siniaków i kilka poważniejszych ran.
- Do tego akurat można – stwierdził beztrosko, gdy spojrzał na swój brzuch. Od zawsze był prawdziwym facetem, na którym nie robiło wrażenia „kilka zadrapań”. Hermiona wpadła w jeszcze większą złość. Nienawidziła, jak był tak nieodpowiedzialny.
- Doprawdy? – w napływie gniewu delikatnie nacisnęła na najbardziej fioletowego siniaka na jego skórze. Czuła, jak chłopak się spiął.
-  Hermiona, to nic takiego, mówiłem – oblizał wargi i spojrzał w bok. Wiedział, że jest w pułapce, a dziewczyna jest za bystra, żeby tego nie wykorzystać.
- Nic takiego, no tak – pokiwała sarkastycznie głową i jeszcze raz naparła palcem na wrażliwe miejsce, lecz tym razem nieco mocniej. Fred syknął.
- Jesteś jakąś sadystką czy co?
- Przecież to nic takiego, prawda? – przywarła do niego swoim ciałem. Może naprawdę było coś z nią nie tak, bo kręciło ją, gdy miała nad nim chwilową władze, a on nie mógł stawiać oporu. Po prostu nie mógł, bo nie wiedział nawet w jaki sposób miałby stawiać opór przed drobną dziewczynką.
- Dobrze się bawisz? – spojrzał na nią z niezadowoleniem. Jakoś nie sprawiało mu większej przyjemności bycie czyjąś kukiełką do zabawy.
- Jeszcze nie – dziewczyna westchnęła sztucznie, a rudzielcowi zapaliła się ostrzegawcza lampka w głowie. Już raz był w takiej sytuacji i skończyła się niekontrolowanym obnażaniem się na balkonie. A to wszystko przez jego słabość do tej smarkuli.
- Dzięki Granger, że robisz sobie zabawę z mojej krzywdy – gryfon próbował rozluźnić zbyt gorącą atmosferę pomiędzy nimi. Jednak szatynka nie chciała dać za wygraną. Nie tym razem.
- Gdybyś był taki dobry, za jakiego Cię mają te wszystkie lalunie, to zabawa nabrałaby innego znaczenia – uniosła znacząco jedną brew. Chłopak cicho się zaśmiał i spojrzał na nią z zażenowaną miną.
- Nie wiesz o czym mówisz, malutka
-  To mi wyjaśnij – dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a Fred przygryzł policzek od środka. Wkurzała go. Liczył, że speszy się, gdy ją wyśmieje. Jednak celowo nie dawała się szybko zbyć. Cwana była, jak na amatorkę w sprawach damsko-męskich i to go przerażało.
- Wiesz, mógłbym, ale nie chcę żeby potem Twój wściekły tatuś wydrapał mi oczy, za to, że uwiodłem jego przebiegłą córeczkę – Hermiona zachichotała, a on czuł, że zaraz wyjdzie z siebie.
- Słabo, Fred – pokręciła głową – słaaabo
- Czego Ty ode mnie chcesz, co? – powoli tracił cierpliwość. Co by nie powiedział, była wciąż w humorze. Walczyła z nim jego bronią i czuła się jeszcze z tego powodu dumna.
- A czego dziewczyna może chcieć od chłopaka, pomyślmy…. – udawała, że się zastanawia. Była teraz gotowa na wszystko. W końcu stała z nim na równi i czuła się prawdziwą kobietą, a nie małą, przemądrzałą dziewczynką.
- I w tym problem – złapał ją pewniej za biodra i przysunął do siebie – Ty nawet nie wiesz czego sama chcesz
- Uwierz mi, Weasley, że gdybym nie wiedziała, czego chcę, to zdychałbyś marnie z powodu nadmiaru szkła w organizmie
- Fakt – kiwnął palcem – jednak znam Cię na tyle, żeby wiedzieć, że nawet Umbridge byś opatrzyła poparzenia moimi fajerwerkami
- Twoje fajerwerki, taaa – przewróciła oczami – bardziej z Ciebie dziecko niż facet, co?
- Nie podpuszczaj mnie – pokręcił ostrzegawczo głową i zmrużył oczy. Jeszcze nigdy nie drażniła go tak, jak dzisiaj. Im bardziej go denerwowała, tym większą miał ochotę zdjąć z niej ubrania. Ciągnęło go do niej potwornie. Bał się, że nie zdoła się w odpowiednim momencie opamiętać i będzie łykał jej każde skinienie jak dziecko. Potrafiła nim zawładnąć i to go najbardziej drażniło.
- Nawet się nie staram – uśmiechnęła się pogodnie i przygryzła wargę. Chłopak myślał, że zaraz zwariuje.
- Wjeżdżasz na moją męskość, to cios poniżej pasa – uniósł wyżej brwi, patrząc na nią oskarżającym wzrokiem. Dziewczyna pokręciła głową i podniosła wyżej głowę, patrząc na niego z dołu.
- Co te wszystkie dziewczyny w Tobie widzą, Weasley? – zmierzyła go od góry do dołu.
- Widocznie coś w tym musi być – zaśmiał się, próbując ponownie rozluźnić atmosferę.
- Udowodnij – rozkazała mu, delikatnie oplatając mu ręce wokół szyi. Fred westchnął.
- Hermiona, nie każ mi zaczynać czegoś, czego będziesz żałowała – dziewczyna przygryzła policzek od środka, próbując ukryć poirytowanie. Nie podobało jej się to, że chłopak ciągle myślał, że jest głupią, naiwną dziewczynką. Wiedziała, czego chciała. Miała dość bycia dzieckiem.
- Okej – wzięła głęboki wdech – może gdybym zapisała Ci swój numer telefonu na ręce, to byłbyś bardziej mną zainteresowany – dogadała mu złośliwie. Nie miała pojęcia w czym jest gorsza od innych dziewczyn.  Fred zaśmiał się pod nosem.
- Możemy zawsze się zabawić w spotkanie po latach, słyszałem, że to Cię kręci – odbił szybko piłeczkę. Hermiona podniosła brwi.
- Masz racje, Fred – uśmiechnęła się do niego szyderczo – zawsze się znajdzie ktoś, kto zajmie się mną lepiej niż Ty – po minie chłopaka, od razu poczuła, jak wypełnia ją uczucie triumfu. Nie był ani trochę zadowolony z tak postawionej sprawy.
- To nie jest kwestia umiejętności, tylko odpowiedzialności – spojrzał w bok – są jakieś zasady
- Nie rozśmieszaj mnie, Weasley – Hermiona pokręciła głową – Twoja jedyna zasada to brak zasad
-  Widocznie mnie nie znasz – spojrzał jej w oczy.
- Boisz się odpowiedzialności i tyle – nie urywała kontaktu wzrokowego z chłopakiem. Nie chciała dać za wygraną. – Ale wiesz co? Znajdzie się ktoś, kto chętnie weźmie sprawę w swoje ręce za Ciebie – chwilę patrzyli na siebie, a między nimi czuć było piorunujące napięcie.
- Masz racje, Granger – powiedział po chwili rudzielec z łobuzerskim uśmiechem. Gwałtownie złapał dziewczynę za uda i podniósł, po czym obrócił się i posadził ją przed sobą na blacie – Chuj w te zasady – po tych słowach dosłownie wpił się w jej usta z niewyobrażalną namiętnością. Hermiona chwilę nie mogła pojąć, co się właśnie dzieje, lecz pod wpływem emocji dała się mu porwać. Pierwszy raz nic jej nie hamowało.
Chłopak napierał na nią całym ciałem, pogłębiając przy tym pocałunek. Już dawno nie był tak podniecony jak teraz. Ściskał delikatnie uda szatynki, na co ta nie była obojętna. Zwinnym ruchem oplotła nogi wokół niego, sprawiając, że jeszcze mocniej na nią napierał. Wszystko działo się bardzo szybko, pod wpływem impulsu.
Obydwoje czuli, jakby razem odlatywali. Fred przeniósł ręce na talie dziewczyny. Jego oddech był coraz szybszy. Hermiona była dla niego jak podwójna dawka adrenaliny. Jak mocny narkotyk. Oderwał się od jej ust i zszedł pocałunkami na jej szyje. Hermiona odchyliła głowę do tyłu a uśmiech mimowolnie pojawił się na jej twarzy. Jeżeli tak wyglądała przyjemność, to chciała tego więcej. Zacisnęła mocniej ręce wokół jego szyi i cicho westchnęła. Jeszcze nigdy nie czuła się tak cudownie. Fred minimalnie oderwał się od jej skóry i zaśmiał się pod nosem.
- Udusisz mnie – powiedział cicho, dmuchając w jej szyje ciepłym powietrzem. Dziewczyna zamrugała parę razy, jakby wracając do rzeczywistości.
- Czas najwyższy – zachichotała i oblizała usta. Chłopak wrócił do obcałowywania jej szyi, schodząc coraz niżej. Pozwalała mu na to. Pozwalała mu na wszystko, by czuć coraz więcej i więcej.
Fred czując, że dziewczyna coraz bardziej się rozluźnia, nie miał hamulców, żeby postępować z nią coraz odważniej. Ciągle pokrywając jej obojczyk pocałunkami, wsadził dłonie pod jej koszulkę i zaczął zataczać nimi kółka na plecach. Czuł pod palcami jak jej skórę zaczyna pokrywać gęsia skórka. Każdy jej odgłos i oddech powodował coraz większe podniecenie chłopaka. Odważył się zabłądzić dłoniami wokół jej dekoltu, a gdy nie protestowała, delikatnie ścisnął rękami jej piersi. Hermiona totalnie się wyłączyła. Czuła się jak w innym wymiarze. Uczucie podniecenia było dla niej czymś zupełnie obcym. Wiedziała jednak, że dobrze wybrała. Że ten chłopak da jej tego najwięcej.
Gryfon wyciągnął ręce spod jej koszulki i oderwał się delikatnie od niej. Pierwszy raz od kilku minut spojrzał jej w oczy i myślał, że w nich utonie. Jej brązowe tęczówki były tak dzikie i spragnione jego dotyku, że zakochał się w nich tysiąc razy bardziej niż dotychczas. Znał spojrzenia dziewczyn wypełnione podnieceniem, ale jej wzrok przeszywał go od góry do dołu. Był tak piękny, że chciał ją obserwować tak przez cały czas. Jednak im bardziej się w nią wpatrywał, tym bardziej miał ochotę mieć ją blisko siebie. Nawet tak mała odległość między nimi była zbyt daleka. Złapał rękami krawędź jej koszulki i przygryzł wargę, wyczekując na pozwolenie. Hermiona uśmiechnęła się nieśmiało i podniosła ręce w górę, ułatwiając mu to. Fred w błyskawicznym tempie pozbył się części jej garderoby. Znowu siedziała przed nim niemal naga a dla niego znowu zatrzymał się czas. Wyglądała tak cudownie, mimo nieśmiale różowych policzków i oczu skierowanych w dół. Nigdy nie widział piękniejszego widoku, niż ten. Żeby rozluźnić atmosferę zagwizdał i uniósł jedną brew. Dziewczyna od razu wybuchnęła śmiechem. Przyglądał się jej chwile. Jej uśmiech był taki piękny i prawdziwy. Złapał ją za policzki i pocałował. Chciał jej pokazać, jak wyjątkowa jest dla niego każda chwila, kiedy jest blisko niej. Po chwili znów przeniósł się na jej szyje, potem na obojczyk, a z obojczyka na dekolt. Gdy delikatnie drażnił jej skórę pocałunkami, zaciskała stopniowo na nim uda. Chłopak zmarszczył rozpaczliwie brwi, bo czuł, jak kolega w jego spodniach przyjaźnie reaguje na jej dotyk. Co poradzić, był tylko mężczyzną. Koniuszkami palców przejeżdżał wzdłuż jej talii, aż w końcu zabrał się za odpięcie jej stanika. Umiejętnie pozbył się materiału, nie odrywając się od całowania jej dekoltu. Czuł, jak napięcie coraz bardziej ją wypełnia. Chciała więcej.
Wplotła rękę we włosy chłopaka, a jej oddech stał się coraz szybszy. Słyszała, że jego tak samo.
Gryfon znowu wpił się w jej usta, błądząc dłońmi po całym ciele dziewczyny. Sam już nie mógł wytrzymać w takim stanie. Nie wiedział, jaka temperatura jest w pomieszczeniu, ale na pewno w tym momencie przekraczała normę. Powoli tracił kontrolę. Potrzebował dużo więcej. Pociągnął gwałtownie za krawędź jej spodni, przysuwając szatynkę bliżej siebie. Hermiona otworzyła szeroko oczy, nie przerywając pocałunku. Nie wiedziała, co w nim zaczynało się budzić, ale podobało jej się to. Wiedziała, że ten chłopak nigdy nie zrobi jej krzywdy, mimo ich różnych relacji. Wiedziała, że to właśnie ten i tylko z nim wyobrażała sobie chwilę zatracenia. Fred w przypływie emocji, zaczął lekko szarpać za guzik jej spodni, a gdy ustąpiły, już o wiele delikatniej i wolniej wsunął w nie rękę. Hermiona jęknęła mu prosto w usta, na co zacisnął mocno oczy. Jeżeli tak wyglądało piekło, do którego tyle razy go wysyłała, to chciał tkwić w nim na wieki. Gorąco bijące od jej ciała niemalże go parzyło. Dziewczyna ścisnęła kosmyki jego włosów, a on zaczął wykonywać dłonią dość wolne ruchy. Znał się na dziewczynach, wiedział jak z nimi postępować. Było mu łatwiej rozpalić gryfonkę, bo była dziewicą. Wszystko było dla niej nowe i pierwsze. Gdy nie mogła skupić się na pocałunku, odchyliła głowę do tyłu i dała mu wolną wole. Pozwoliła mu na wszystko, byleby nie przestawał. Fred znowu dobrał się do jej szyi, tym razem o wiele agresywniej. Czuł, że zostawia jej niemałe ślady, ale kogo to teraz obchodziło. Wyciągnął dłoń z jej spodni i niepewnie wsunął ją tym razem pod materiał jej bielizny. Szatynka mruknęła z podniecenia i wpiła paznokcie w jego plecy. Chłopak widząc jej zadowolenie zaczął delikatnie poruszać ręką, aby powoli doprowadzić ją do samego szczytu rozkoszy. Jeszcze nigdy nie przykuwał aż takiej uwagi, żeby zrobić dobrze dziewczynie. Zazwyczaj to one wolały zaspokajać jego, nie wymagając od niego dużej współpracy. Tym razem było inaczej. Starał się odgadywać każdą jej reakcje, aby jej podniecenie było jak największe. Wystarczyło że jej słuchaj i czuł jej dotyk, samo to mało nie doprowadzało go do orgazmu.
Jego ruchy stawały się stopniowo coraz szybsze, a szatynka mało nie zdarła skóry na jego plecach. Było jej tak dobrze. Nigdy jeszcze nie czuła się tak jak teraz. Miała wrażenie, że krew w jej żyłach zalewa powoli całe jej ciało, powodując, że coraz bardziej czuła się jak na jakimś haju. Przygryzała delikatnie usta, gdy podniecenie jej ciała rosło z każdą sekundą. Fred czuł jak dziewczyna coraz częściej zaciska nogi na jego biodrach. To był znak, że jest już blisko końca. Oddech szatynki był stopniowo szybszy i głębszy. Gryfon nie mógł wytrzymać, gdy to słyszał. Była tak wyzwolona i pragnąca czegoś więcej. W końcu zacisnęła o wiele mocniej uda wokół niego i wydała z siebie stłumiony jęk. Wstrzymała na chwile oddech. Fred oderwał się pod wpływem emocji od jej szyi, złapał jej policzek i najmocniej jak tylko potrafił, wpił się w jej usta. Stracił kontrolę nad sobą, gdy całe jej ciało napięło się pod nim. Hermiona rozchyliła delikatnie usta i w końcu wypuściła powietrze, cichutko jęcząc mu w usta. Chłopak myślał, że zaraz oszaleje. Przeczesał ręką rozczochrane przez szatynkę włosy i wpatrywał się w nią. Obserwował jak powoli się uspokaja. Spojrzała na niego i delikatnie się uśmiechnęła. Był taki przystojny. Jego brązowe oczy i zapatrzony wyraz twarzy porywał ją bezpowrotnie. Czuła się najpiękniejsza na świecie, gdy na nią tak patrzył. Jeszcze nigdy nie przeżyła czegoś takiego i chciała o wiele więcej.
- Teraz mi już nie uciekniesz – powiedział z uśmiechem chłopak, na co Hermiona tylko spojrzała z łobuzerskim uśmiechem. Traktował to, jako pozwolenie na ciąg dalszy. Złapał ją za uda i podniósł. Chyba każda dziewczyna marzy o takiej chwili. Szatynka nie wyobrażała sobie tego bardziej wyjątkowo, niż zaoferował jej Fred. Przeniósł ją do pokoju w którym się obudziła i rzucił na miękkie łóżko.
- Oj Granger, nagrabiłaś sobie – chłopak pokręcił głową i z szerokim uśmiechem na twarzy, ściągnął koszulkę.
- Tylko mi nie jęcz z bólu przez te rany wojenne – zaśmiała się szatynka, podpierając się łokciami na kołdrze. Czuła się tak swojo w jego towarzystwie. Nie przeszkadzało jej nawet to, że była kompletnie naga od pasa w górę.
- Spokojnie, nawet jeżeli tak będzie, to mogę Ci zagwarantować, że zagłuszysz moje jęki, skarbie – mrugnął do niej i długo nie czekając na odpowiedź, wszedł kolanami na łóżko, wsunął się miedzy jej nogi i opierając się dwoma rękami nad jej głową, wpił się w jej usta. Po rozgrzewce w kuchni, byli jeszcze bardziej podnieceni. Chłopak wiedział, że musi być dość ostrożny, jednak ciężko mu było zachować zdrowy rozsądek. Wyprostował się. Spojrzał na nią z góry i oparł ręce na jej kolanach. Dziewczyna, już o wiele pewniej, uniosła pytająco brwi z uśmiechem na twarzy.
- Hermiona Granger w moim łóżku – pokręcił głową i pociągnął za nogawki jej spodni – każdej bym się tu spodziewał, ale kurwa, nie Ciebie  - uśmiechnął się wyraźnie podekscytowany i zrzucił jej dżinsy w kąt pokoju. Znowu nachylił się i ją pocałował. Było to o wiele bardziej agresywne niż wcześniej. Obydwoje byli rozpaleni do granic możliwości. Fred oddychał coraz szybciej. Nie odrywając się od niej, rozpaczliwie próbował rozpiąć swoje spodnie. Hermiona w tym czasie gładziła jego barki i ramiona. Potrzebowali siebie nawzajem. Kiedy w końcu chłopak uporał się z rozporkiem i naparł całym ciałem na szatynkę, coś głośno stuknęło w okno w sąsiednim pokoju. Obydwoje zastygli w bezruchu.
- Co to było? – zapytała zaniepokojona gryfonka, wyglądając zza ramienia rudzielca.
- Nie wiem, olej to – zniecierpliwiony, dobrał się do jej szyi. Hermiona jednak nie dawała za wygraną.
- Czekaj – odsunęła go od siebie – lepiej idź sprawdzić – rozsądek w tym momencie zawyżył nad okolicznościami, w jakich się znaleźli. Chłopak westchnął głośno.
- Jesteś bezlitosna, Hermionka – pokręcił głową i wstał. Dziewczyna podparła się na łokciach i odprowadziła go wzrokiem do drzwi.
Fred niezadowolony wyszedł z pokoju i mozolnie powędrował w stronę kuchni. Gdyby go ktoś teraz zobaczył bez koszulki, z wpół opuszczonymi spodniami, to od razu by wiedział, co tutaj się dzieje. Przeczesał rozczochrane włosy i podszedł do okna. Nic szczególnego za nim nie zauważył, więc je otworzył i wyjrzał przez nie. Nagle w błyskawicznym tempie nad jego ramieniem przeleciała kruczoczarna sowa i wylądowała na przeciwległym od okna stole. Zdezorientowany chłopak natychmiast spojrzał w jej kierunku.
- Co tam się dzieje? – zawołała z sąsiedniego pokoju Hermiona.
- Nic, daj mi minutkę – odpowiedział jej i podszedł do ptaka. Miał on w dziobie kopertę, którą wypuścił na stół i natychmiast odleciał tą samą drogą, co się tu dostał. Chłopak nie zwracając na to większej uwagi, wziął do ręki kopertę i jeszcze bardziej zaintrygowała go jej zawartość przez swoje imię i nazwisko napisane na jej środku. Obrócił ją w dłoniach i otworzył.
- Fred, wszystko okej? – znów odezwała się dziewczyna, czekająca w pokoju, jednak już tego nie usłyszał. W kopercie znajdowała się mała karteczka, bez adresata. Zawierała tylko jedno słowo.

- Do cholery jasnej, Fred! – Hermiona powoli zaczynała się niepokoić tym, że rudzielec jej nie odpowiada. On jednak nie potrafił. Serce podskoczyło mu do gardła i zastygł w miejscu. Wzrok miał skierowany na kartkę i mimo, że znajdowało się na nim tylko jedno słowo to przeczytał je już chyba dziesiąty raz. Jednak nic się nie zmieniło. Na kartce dalej widniał cały czas ten sam, napisany elegancką czcionką wyraz „Morderca”.  


_______________________________________________________________________



Zapraszam tym razem bardzo gorąco do komentowania, bo chcę znać waszą opinie na temat takich hard rozdziałów. 

Pozdrawiam, 

Maggie xx

9 komentarzy:

  1. Genialne! Na twoje rozdziały mogę czekać miesiącami. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jesteś jakąś masochistką czy co?
    - Przecież to nic takiego, prawda? –
    Chce odnieść się do tego bo wyraz masochista został tu niepotrzebnie użyty :D masochista to osoba która sama sobie robi krzywdę A miona nie robiła sb tylko Fredowi ;) A tak poza tym rozdział jest genialny czekam na więcej i weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, powinno być sadystką, mój błąd :)
      Bardzo dziękuję!

      Usuń
  3. KUROPATWA, BLOGGER USUNĄŁ MI KOMENTARZ. JUŻ DRUGI RAZ. GRRRR.
    Cześć Kochana, tęskniłam! :)
    Tym rozdziałem uratowałaś kilka ludzkich istnień, bo -tak jak Hermiona- mam ochotę bawić się w sadystkę, bo jestem niewiarygodnie wściekła. Długość wpisu, opis uczuć i ogólnie całość tego rozdziału mile mnie zaskoczył. Nie tracisz formy :D
    Cieszę się, że Pan Weasley jest już bezpieczny. Jednak to zakończenie budzi we mnie wręcz pewność, że będzie się działo a sielanki niestety nie będzie szybko. Znalazłam kilka błędów i mam nadzieję, że nie będziesz zła jeśli je tutaj wymienię :)
    》"Hej - powiedziała nieśmiale szatynka" Powinno był "nieśmiało"
    》"Myślała co innego i chciała co innego." Myślę, że poprawniej jest: "(...) i chciała czego innego"
    》"Bał się, że nie zdoła się w odpowiednim momencie opamiętać i będzie łykał jej każde skinienie jak dziecko." Domyślam się, że chodziło Ci o to, że Fred jest na każde zkinienie Hermiony. Ale o co chodzi z tym łykaniem? Przepraszam, może ja jestem dzisiaj głupia, ale naprawdę nie rozumiem. Chętnie zostanę oświecona :D
    To tyle. Czytam to opowiadanie od początku i widzę dużą różnicę między tym co było a jest teraz. I jest to zmiana na plus! :)
    Pozdrawiam ciepło i nie będę już przynudzać XD
    Anna Czuczejko

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest super ❤️ Osobiście uwielbiam Freda ,ale również Draco ,więc marzy mi się coś więcej związanego z nim . Cały rozdział czyta się szybko i przyjemnie . Nie mam nic przeciwko takim opisom. Po prostu jak zwykle genialnie ❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam dziwne wrażenie, że to Draco jest martwy. Stąd Fred dostał kartkę "morderca"... Ale może się mylę.

      Usuń
  5. O mój Boże, to było cudowne ❤ Piękne, urocze i zachwycające ❤ Kocham cię, Kobieto ❤

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy następny rozdział? Myślałam, że przez wakacje będzie ich więcej, a tu nic...

    OdpowiedzUsuń

Zanim dodasz komentarz, pamiętaj że jestem amatorką.
Twoja opinia, negatywna czy pozytywna jest dla mnie niezmiernie ważna.
JEŻELI OCZEKUJESZ SZYBKIEJ ODPOWIEDZI, ZAPRASZAM DO ZAKŁADKI 'CZAT'