czwartek, 6 kwietnia 2017

Rozdział 26 "Hermi, najlepszy plan to improwizacja, zapamiętaj"

Rozdział XXVI "Hermi, najlepszy plan to improwizacja, zapamiętaj"

Frustracja. Jedna wielka frustracja. To jedyne słowo, które idealnie teraz odzwierciedlało uczucia Hermiony. Miała ochotę coś rozszarpać, kopnąć, wszystko na raz, byle emocje zeszły z zenitu. Z głośnym trzaskiem weszła do Nory.
 Gdy zaciskając pięści, wpadła do salonu, zastała tam Ginny wpatrzoną w okno z założonymi rękami. Była tak samo wściekła. Wściekła i zawiedziona. Poczuła się bezużyteczna dla wszystkich. Jako czarodziejka, jako córka. Czuła, że zakon podejrzewał, że to ją przerośnie. Że dziewczyna nie byłaby w stanie poświęcić wszystkiego dla własnego taty. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie dostała nawet szansy, by udowodnić, że tak nie jest. 
Hermiona podeszła do niej i położyła jej głowę na ramieniu. Wiedziała, że Ginny na pewno poczuła się gorzej od niej.
- Gin...
- Mam tu siedzieć i czekać - pokręciła głową - do tego się tylko dla nich nadaje, żeby tu bezczynnie siedzieć i trzymać kciuki
- To nie tak...
- Nie tak? - spojrzała na nią - a niby jak? Kim trzeba być, żeby zabronić mi pomóc tacie?
- Też mnie to boli, ale na pewno nie wątpią w Twoje intencje i odwagę - pogłaskała ją po ramieniu - nie mieli by prawa, w Twoich żyłach płynie gryfońska krew, to niepodważalny argument
- Gryfońska krew - Ginny zaśmiała się pod nosem - i co mi z tego, skoro tkwię tutaj? Gryffindor to też Twój dom i co teraz robisz? Zostałaś zmuszona, żeby siedzieć zamknięta jak zwykły szczur - spojrzała na przyjaciółkę - zostałyśmy do tego zmuszone i nic tego nie zmieni - Hermionie w głowie zapaliło się światełko nadziei. Uchyliła delikatnie usta, a jej źrenice się powiększyły.
- A może jednak... - wyszeptała.
- O czym Ty mówisz, Hermiona?
- Różdżka - powiedziała podekscytowana - moją mi zabrali, ale Tobie nie!
- Na Merlina, masz racje! - ruda wyciągnęła z kieszeni swoją różdżkę, żeby się upewnić, że to prawda - i mamy miotły! Trochę to potrwa, ale inaczej się tam nie dostaniemy, chyba, że potrafisz złamać zaklęcie uniemożliwiające teleportacje
- Postaram się - Hermionie nie uśmiechało się lecieć kawał drogi miotłą, nienawidziła tego, ale była tak zdeterminowana, że nawet do tego byłaby zdolna w ostateczności.
- Będziemy walczyć i jeszcze dzisiaj wymierzymy sprawiedliwość, Miona 

                                                                               *** 

- Aparencjum - Ginny machnęła różdżką w kierunku przestrzeni przed Norą. Hermiona stała obok bacznie obserwując każde działanie przyjaciółki. Najchętniej zrobiłaby to sama, jednak nie chciały ryzykować, różdżka Ginny nie działałaby w rękach czarownicy tak samo jak jej. Po chwili od wymówienia zaklęcia ukazującego niewidzialną siłę, przed dwoma gryfonkami ukazała się wielka powłoka, obiegająca całą Norę. Zaklęcie rzucone przez Lupina, by zatrzymać je w domu. Nie było jednak zbyt silne, nikt nie przewidział tego, że nie tylko Hermiona ma różdżkę i nie tylko ona potrafi jej używać. Zakon jednak nie był aż taki zaradny.
- Okej Ginny, weź to - dziewczyna podała przyjaciółce fiolkę z perłowym eliksirem, a drugą sama wypiła.
- Co to jest?
- Cave inimicum w płynie - zakaszlała parę razy. Potwierdzało to fakt, że napój nie należał do najsmaczniejszych.
- Może jaśniej?
- Zakon na pewno rzucił na tą powłokę zaklęcie wykrywające, nawet jeżeli uda nam się ją zniszczyć, dowiedzą się, że się stąd wydostałyśmy - Ginny nieufnie spojrzała na płyn, lecz po chwili go wypiła - dzięki temu nie dowiedzą się, ani nie przeszkodzą nam w niczym, będziemy mogły bezpiecznie dostać się do Malfoy Manor bez ich nadzoru, miałam tego trochę w swojej torebce, tak na wszelki wypadek
- Ale obrzydlistwo - ruda się skrzywiła.
- To obrzydlistwo to Twoja przepustka do walki, nie narzekaj - odebrała przyjaciółce fiolkę i schowała do zaczarowanej torby.
- Dobra, zaczynajmy
- Okej - Hermiona związała włosy w luźny kucyk i wypuściła powietrze przez usta. Jeżeli dobrze pokieruje Ginny, to wydostaną się stąd.
- Na początku spróbuj...
- Reducto! - zanim Hermiona wymówiła to zaklęcie, czarownica zdążyła je rzucić. Nie spowodowało to żadnej reakcji mimo dużego ataku białego promienia, wydobywającego się z jej różdżki.
- Tak myślałam... - Szatynka pokręciła głową.
- Więc co teraz?
- Rzuć Deletrius - powiedziała i uważnie obserwowała każdy ruch dziewczyny.
- Deletrius! - głośno wymówiła ruda, a z jej różdżki wydobyły się dwie, splatające się nici złotego promienia i jak pioruny zaatakowały blado błękitną powłokę. Ta w niektórych miejscach zaczęła zanikać i słabnąć, jednak dalej otaczała Norę.
- Deprimo! - dziewczyna wymówiła kolejne zaklęcie podyktowane przez Hermione. Z różdżki rudej wyłonił się ciemno-niebieski promień i z głośnym trzaśnięciem zetknęły się z fragmentem osłabionej powłoki. Pod wpływem zaklęcia z atakowanego przez nie miejsca odpadł fragment magicznej masy niczym odklejony plaster i zetknąwszy się z ziemią rozprysnął się na coś w rodzaju mgły. Przed czarownicami ukazała się wielka dziura w powłoce, przez którą bez problemu przedostałby się nawet słoń.
- Brawo Ginny! - Hermiona rzuciła się na przyjaciółkę z uściskami. Buzowała w niej taka energia, że nie mogła ustać w miejscu. Chciała działać.
- Udało nam się, Miona! - krzyknęła - udało!!
- Tak! - dziewczyny skakały z radości. Szatynka jednak nagle znieruchomiała.
- Poczekaj... - chwyciła w rękę pierwszy lepszy kamień leżący na ziemi. Westchnęła głęboko i z całej siły cisnęła nim w wybrakowane miejsce w powłoce. Kamień w ciągu sekundy doleciał do wyznaczonego celu i.... zamiast znaleźć się poza polem widzenia, odbił się od jakiejś niewidzialnej mocy. Obu czarownicom serce stanęło. Jeszcze nigdy nie czuły takiego zawiedzenia i wściekłości. Przez dziesięć minut miały wielką nadzieje. Która prysła w tym momencie.
- Nie.... - wyszeptała Hermiona. Były tak blisko. Wszystkie zaklęcia na marne? Ginny zacisnęła wargi z wściekłości. Nie myślała nad tym co robi. Pod impulsem gniewu podeszła bliżej przeszkody celując w nią różdżką.
- REDUCTO MAXIMA! - wydobyła z siebie przeogromny krzyk. Tak samo przeogromna była moc zaklęcia. Jak z armaty w stronę powłoki wydobył się dwa razy większy niż za pierwszym razem, biały promień i z niewyobrażalnym hukiem zaatakował przeszkodę. Przez chwilę zrobiło się tak jasno, że obydwie zamrużyły oczy. W całym zamieszaniu nawet nie widziały siebie nawzajem. Minęły dobre dwie minuty, zanim było cokolwiek widać poza dużą ilością czegoś w rodzaju gęstszej, bladoniebieskiej mgły. Po chwili dziewczyny dostrzegły wielkie płaty spadające na ziemię i rozpryskujące się bezszelestnie przy zetknięciu z nią. Cała powłoka zniknęła. Czarownice spojrzały na siebie zdziwione. Tym razem Ginny podniosła leżącą na ziemi gałązkę i cisnęła nią w przestrzeń. Przedmiot bez problemu znalazł się poza polem widzenia.
- TAK! - Hermiona uścisnęła przyjaciółkę - Brawo Ginny!!
- Chodź po miotły i spadamy stąd!
- Poczekaj! Yyy... spróbujmy czarów, żeby usunąć zaklęcie antyteleportujące!!
- Nie ma na to czasu, nie bądź mięczakiem, Hermiona! - zanim szatynka zdążyła zaprotestować, przyjaciółka pociągnęła ją do środka za rękę. Miała racje, nie było czasu do stracenia. Jednak Hermiona wolała uniknąć tego, bo po pierwsze, nienawidziła latać, nie umiała tego robić, a unoszenie się nad ziemią na czymś, na czym ledwo co potrafiła się utrzymać było dość przerażające, po drugie, nawet nie miała własnej miotły, a latanie na czyichś, pod pasowanych pod właściciela sprzętach było jeszcze bardziej ryzykowne niż sam fakt latania. Jednak tak jak postanowiła, zrobi wszystko byleby tu bezczynnie nie siedzieć.
- Łap! - Ginny rzuciła przyjaciółce pierwszą z brzegu miotłę, jaką znalazła w schowku, a po pięciu minutach znalazła swoją. Dziewczyny skierowały się w stronę wyjścia. Hermione natychmiast przeleciał strach, kiedy do niej doszło, co za chwile będzie musiała zrobić. Latanie na miotle było najbardziej krępującą i nieprzyjemną dla niej rzeczą. Nienawidziła tego robić i broniła się przed tym w każdej możliwej sytuacji.  A teraz? Teraz była zbyt zdeterminowana, żeby sobie odpuścić.
- Lecimy - stwierdziła bardziej do siebie niż do swojej przyjaciółki. Ginny tylko skinęła głową. Wiedziała, że jak powie cokolwiek to Hermiona wpadnie w wątpliwości i ostatecznie się rozmyśli. Po prostu poczekała chwilę, żeby szatynka poszła pierwsza i ruszyła za nią. Nie ma już odwrotu.

                                                                         ***

- Ginny przecież ja się zaraz roztrzaskam - krzyknęła Hermiona gdy wzniosły się w powietrze. Zajęło to dobre dziesięć minut, zanim brązowooka ruszyła z miejsca. Gdy to w końcu zrobiła to przez całe ciało przeszedł ją paraliż. Nie siedziała na miotle od kilku lat. Czuła się jak na cienkiej linie umiejscowionej kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Jeden fałszywy ruch i spadnie.
- Po prostu się rozluźnij! - poradziła jej ruda i z gracją pognała do przodu. Hermiona wypuściła powietrze przez nos i zawzięła się w sobie. Im szybciej się ogarnie i poleci, tym szybciej będzie mogła zejść z tego latającego kołka. Zrobiła lekkie dygnięcie do przodu i poczuła jak zbliża się powoli do przyjaciółki.
- Widzisz? To nie takie trudne - pocieszyła ją a gryfonka tylko pokręciła z przerażenia głową. Wolała się skupić na tym, żeby nie spaść na twardą glebę pod sobą.
- Resztę drogi spędziły w ciszy.
                               
                                                                          ***

- To tutaj - wyszeptała Ginny. Zza chmur ukazał im się ogromny budynek w gotyckim stylu. Ponura, wieczorna pogoda idealnie współgrała z mrokiem tego miejsca. Malfoy Manor.
- Chodź, musimy wylądować kilkanaście metrów stąd, żeby nikt nas teraz nie zobaczył - Hermiona rozejrzała się mrużąc oczy - Tam widzę mały lasek, idealne miejsce dla nas - zanim ruda zdążyła udzielić odpowiedzi, brązowooka już leciała wgłąb choinek obok domu Malfoy'ów. Wylądowanie okazało się prostsze, niż samo wystartowanie, nie licząc obdartych ramion przez drobne przetarcia z gęsto usadowionymi gałęziami.
- I jak? - zapytała Ginny, gdy ta otrzepywała się z różnych gałązek pozostawionych na ubraniu.
- Dalej nie rozumiem fenomenu quidditcha - spojrzała na swoją przyjaciółkę, która zrobiła urażoną minę - Aleee - specjalnie wtrąciła, chcąc dać jej minimalną satysfakcje - po czasie może i da się w kilkunastu procentach zapomnieć, jaka to jest udręka
- No i świetnie! - ruda klasnęła w dłonie, na co jej przyjaciółka pokręciła głową. Już chciała się odezwać, gdy z Malfoy Manor wydobył się przeraźliwy, kobiecy krzyk.
- Jak myślisz, to ktoś z naszych? - zapytała przerażona Ginny.
- Tego nie wiem - odpowiedziała - Ale za to wiem, że mam ochotę skopać tyłki kilku ślizgonom - ruszyła przed siebie ze zdeterminowaną miną.
- Hermiono Granger, nie poznaje Cię
- Ja już dawno sama siebie nie poznaje - Ginny ruszyła za nią potykając się o drobne gałęzie
- 10 punktów dla gryffindoru!
- A to za co? - zaśmiała się.
- To nie dla Ciebie, mądralo - oburzyła się ruda - to dla mnie, za stworzenie potwora - obydwie wybuchnęły śmiechem i ruszyły w stronę budynku.
 Pod wielkim murem na chwilę przystanęły. To mogła być pułapka. Ginny podniosła kamień i rzuciła nim w ciemny, ceglany mur. Głaz jednak tępo odbił się od niego nie ukazując żadnej bariery obronnej. Kolejny rzuciła Hermiona przerzucając go tym razem przez przeszkodę. Taka sama sytuacja jak za pierwszym razem. Zero magii, zero zabezpieczeń.
- Malfoyowie to jednak kretyni - stwierdziła młodsza przyjaciółka kręcąc głową. Hermiona tylko przyłożyła palec do ust uciszając ją. Mimo wszystko musiały być dyskretne. Nie chciały przecież szybciej zostać pojmane niż w ogóle się tam dostać.
Ginny, jako ta bardziej aktywna sportowo, bez najmniejszych komplikacji podskakując, złapała się kończących mur, ozdobnych, czarnych drutów i wciągnęła się na górę. Klękając na szerokim daszku budowli, wystawiła ręce do przyjaciółki. Już trochę mniej zgrabnie Hermiona złapała się jej i dziwnymi kombinacjami pojawiła się obok. Odwróciły się w stronę domu. Rzeczywiście, robił wrażenie. Był potężny. Utrzymany w biało-czarnym deseniu, sprawiał wrażenie bardziej pałacu, niż zwykłego domu. Okna natomiast były małe i tylko w niektórych miejscach. Można było się domyślić, że Malfoy'owie woleli wszystkie swoje mroczne sprawy utrzymać w tajemnicy. Duże okna działałyby na niekorzyść. W ogrodzie od razu dało się zauważyć kobiecą rękę w niego włożoną. Idealne rządki kwiatów i liczne ozdobne ścieżki dawały swój zniewalający rezultat. Wprawdzie ciężko było sądzić, że była to zasługa Narcyzy Malfoy, ale na pewno jednej z jej gosposi. To było pewne, że kobieta czuła się za wysoko postawiona na to, żeby wykonywać najzwyklejsze prace domowe. Malfoy'owie nie od dzisiaj czuli się jak arystokraci. Draco nawet w szkole na każdym kroku chciał czuć się wyróżniony i bez przerwy udowadniał swoją pogardę w stosunku do innych uczniów, a nawet nauczycieli.
- To tak wygląda gniazdo padalców - Ginny zeskoczyła murku, przetrzepując ręce. Po chwili to samo zrobiła szatynka. Przez dobre pięć minut próbowały bezszelestnie dostać się do  budynku. Gdy to już im się udało, przystanęły, przywierając ciałami do zewnętrznej ściany domu.
- Dobra, jaki jest plan? - zapytała ruda, przyzwyczajona do wiecznie kalkulującej wszystko przyjaciółki. Liczyła, że i tym razem jest tak samo.
- Plan? - podrapała się po głowie - Cholera, przez te próby wydostania się z Nory kompletnie nie pomyślałam jak dostaniemy się do środka - szepnęła, chcąc dalej utrzymać swoją obecność w ciszy. Nie było co ryzykować. Ich obecność w tym miejscu była niczym pole minowe.
- Czyli robimy to po mojemu?
- Po twojemu?
- Hermi, najlepszy plan to improwizacja, zapamiętaj - ruda mimo powagi sytuacji była podekscytowana, że może uczestniczyć w tym wszystkim. W końcu kto by się wahał, kiedy na celowniku jest własna rodzina. To był najbardziej determinujący bodziec dla niej.
- Rozejrzyjmy się, może znajdziemy jakieś tylne wejście - stwierdziła Hermiona, łapiąc Ginny za rękę. Kurczowo trzymając się jak najmniejszej odległości od ściany, ruszyły w poszukiwaniu wejścia. Po omacku macały rękami ścianę domu, żeby znaleźć jakąś klamkę, lub chociażby wnękę.
- O proszę - powiedziała ruda, delikatnie badając ręką miejsce, przy którym wyczuła ich przepustkę.
- Wydaję mi się, że to jest okno - stwierdziła, robiąc miejsce swojej przyjaciółce - zobacz, jest dość duże
- Okej, to teraz mi mądralo powiedz, jak chcesz je wyważyć bez robienia hałasu
- Nie będę nic wyważać - uśmiechnęła się i wyciągnęła z tylnej kieszeni różdżkę.
- Ginny, nie, to na pewno.... - zanim szatynka dokończyła zdanie, jej przyjaciółka rzuciła zaklęcie Alohomora, na co zamek najzwyczajniej w świecie puścił zawias, lekko uchylając przejście.
- Jesteś czasem nieobliczalna, Ginny
- Chyba za bardzo doceniasz Malfoy'ów, Ci idioci myślą, że budzą we wszystkich taki strach, że nawet pewnie nie zamykają drzwi frontowych na noc
- Nooo, może i masz rację - Hermiona podrapała się po głowie - jednak przezorny zawsze ubezpieczony
- Nudaaaa - skomentowała Ginny i wdrapała się na parapet, po czym lekko rozchyliła okno.
- Co tam jest? - zapytała zaciekawiona czarownica, która czekała aż jej przyjaciółka zeskoczy wgłąb dziury.
- Nie wiem, mało widać, chyba jakieś lochy
- Lochy? - Hermiona po chwili również znalazła się w tajemniczym pomieszczeniu. Przetarła ręce o spodnie i rozejrzała się. Rzeczywiście, nie było tam widać praktycznie nic, oprócz tlącej się w odległym korytarzu pochodni na ścianie w której odbijał się cień krat, usadowionych w pomieszczeniu w którym znajdowały się czarownice.
- Lumos - Ginny dygnęła różdżką i całe pomieszczenie wypełniło blado błękitne światło.
- Co do cholery? - Hermiona rozejrzała się dookoła i zamarła. Na obdartych ścianach wisiały w jednakowych odstępach pary łańcuchów a na podłodze walało się kilka szmat przypominających koce. Kiedy przyjaciółki uświadomiły sobie, że znalazły się w prawdziwym, może jeszcze niedawno używanym lochu, mało im serce nie stanęło.
- Lepiej tu nie stójmy jak kołki, dostaję migreny od tego miejsca - powiedziała Ginny i ostrożnie ruszyła do przodu oświetlając sobie drogę różdżką. Gdy wyszły z lochu natknęły się na wąski korytarz z którego dochodziło światło pochodni. Atmosfera całego miejsca była tak mroczna, że aż psuła ich samopoczucie. Ominęły źródło światła i ruszyły dalej. Korytarz wydawał ciągnąć się w nieskończoność, a gdzieniegdzie były różne drzwi lub po prostu takie same lochy jak ten, przez który się tutaj dostały.
- Hermiona spójrz - szepnęła Ginny, przekierowywując światło w stronę ziemii. 
- Co tu robi moja różdżka? - Hermiona podniosła swoją własność i dokładnie ją obejrzała. Dopiero wtedy poczuła strach. Oni byli na to przygotowani. Wiedzieli, że to dzisiaj się stanie, że zakon zaatakuje. Pamiętała, jak Syriusz zabrał jej różdżkę przed Norą. Widocznie nie zaszli za daleko, jeżeli już w tym miejscu zaczęła się bitwa. Miała tylko nadzieję, że nikomu nie stała się krzywda. Teraz tym bardziej stała w przekonaniu, że idealnym rozwiązaniem dla nich dwóch było przybycie tutaj. Teraz, gdy ma już swoją różdżkę, na pewno będzie dużą pomocą. Wierzyła w swoje siły i dla swojej 'rodziny' była w stanie walczyć do ostatniego tchu.
- Chodźmy dalej, reszta może być w niebezpieczeństwie - Ginny pociągnęła przyjaciółkę za ręke, kontynuując swoje obchody. Szły jeszcze dobre kilka minut, gdy nagle usłyszały kobiecy śmiech i iskry wystrzeliwane z różdżki.
- Co jest....
- Chodź! - szepnęła Hermiona i gwałtownie pociągnęła ją w głąb lochu. Zareagowała spontanicznie, gdy zobaczyła cienie dwóch postaci w błyskawicznym tempie zbliżających się w stronę korytarza. Czarownice przywarły do ściany położonej idealnie na przeciwko całego zdarzenia. Niestety była dość wąska, musiały zachować szczególną ostrożność, jeden centymetr w stronę korytarza i zostaną zdemaskowane. Nie mogły przecież zaatakować z zaskoczenia na ślepo. Podejrzewały, że to Bellatrix toczy bitwę z kimś z Zakonu.
- A gdzie twoja piękna córcia, Molly? - usłyszały jadowity głos panny Lestrange. Za chwilę wydobyły się kolejne strzały i blask rzucanych zaklęć. Ginny złapała Hermionę za nadgarstek, słysząc imię swojej mamy. Krew buzowała jej w żyłach. Ledwo co utrzymywała kontrole, żeby nie wyskoczyć i nie spuścić łomotu osobie, która atakuje jej mamę.
- Dobra Ginny, na trzy - szepnęła Hermiona. Miały przewagę, więc mogły działać. Jednak atakując z głową, zdobędą większe szanse. Ruda pokiwała głową, patrząc na swoją przyjaciółkę.
- Raz.... - szatynka odliczała na palcach.
- Dwa... - wystawiła kolejny palec i wypuściła powietrze przez usta. Obydwie były zdeterminowane do walki. Albo teraz albo nigdy.
- T.. - nie zdążyła wyciągnąć trzeciego palca. Ginny nie wytrzymała. Z ogromnym okrzykiem złości wyskoczyła z zza ściany, od razu wystrzeliwując z różdżki zaklęcie obronne. Hermiona złapała się za głowę. Nienawidziła, kiedy coś idzie niezgodnie z planem.
- O proszę, jest i Ginevra Weasley, ale się z Ciebie laska zrobiła, chyba nie po mamusi, co? - zaśmiała się Bellatrix.
- Ginny! - Molly otworzyła szerzej oczy, jakby się przewidziała. Skąd znalazła się tutaj jej córka?
- Jakie to słodkie, spotkanie rodzinne, hm? Co masz nam skarbie do powiedzenia, zanim Twoja mamusia zamieni się w pył?

- Tobie? Tobie mogę jedynie polecić mojego fryzjera, może coś zrobi z tymi obciachowymi kołtunami - Bellatrix ryknęła w złości. To jest ten moment. Hermiona wstrzymała powietrze. Czekała na ruch kobiety, żeby w zamieszaniu straciła czujność. Rozległ się blask. Czyli teraz. Szatynka ruszyła w kierunku wyjścia, jednak zaklęcie rzucone przez śmierciożerczynię wywołało ogromny huk i odepchnęło czarownicę, która znalazła się w jego polu. Hermiona nie wiedziała nawet kiedy została odepchnięta przez magiczną moc tak daleko, że uderzyła plecami i tyłem głowy o przeciwną ścianę, po czym mimowolnie zsunęła się na ziemię. Poczuła narastający ból głowy i zrobiło jej się słabo. Ujrzała mgłę przed oczami i czuła, jak powoli traci przytomność. Ostatnie co zdołała zobaczyć, to zamknięte pod wpływem potężnego zaklęcia kraty i dwie rude postacie goniące za Bellatrix, która najprawdopodobniej chciała zamieszaniem odwrócić ich uwagę. Za chwilę widziała tylko ciemność i zapadła w bezwarunkowy sen.

_________________________________________________________

Mam nadzieję, że trochę mi wybaczycie tą nieobecność. Powracam z nowymi siłami i lepszymi rozdziałami, mam nadzieję. 
Miłego czytania i proszę o komentowanie, chcę zobaczyć kto tu jeszcze nie wykitował ze mną! 
Maggie xx

wtorek, 11 października 2016

Rozdział 25 "Idź do diabła, Weasley"

Rozdział XXV

Kilka godzin później.
- George? Ginny?- zapytał Remus, idąc kilometr przed Norą, na moczarach.
- Jesteśmy! - zawołał wesoło George, przeskakując kępki bardzo mokrej i błotnistej trawy. Cały bliźniak, nawet w takiej sytuacji zachowywał dobry humor.
- Ekhem - odchrząknęła Tonks, dając o sobie znać. Pięć minut temu przeteleportowali się tutaj. Ze względu na bezpieczeństwo, woleli zachować dystans od domu.
- O Ciebie nie muszę się martwić - odpowiedział Remus swojej żonie, obracając się i uśmiechając się do niej.
- To nie jest najlepsze miejsce na gruchanie, gołąbeczki - skwitował to rudzielec, naśladując głos swojej matki. Była ich tylko czwórka, ponieważ Remus rzucił na samochód zaklęcie, które sprawiło, że było zatankowane. Uznali, że sprawiedliwie będzie jak Fred i Hermiona wrócą autem, bo nie mogło zostać w środku lasu. Samochód wykorkował tylko kilka kilometrów przed domem, a najważniejszą rzeczą było to, żeby Ginny pojawiła się jak najszybciej, potwierdzając wersje Lupina. Co jak co, ale zbyt ryzykowne było robić interwencje w Malfoy Manor, nie będąc pewnym, czy mają w tym cel. Lupin obrócił się w stronę towarzyszących.
- Chodźcie, musimy się przygotować – westchnął ciężko - gdy tamci wrócą, wyruszymy.

                                                                 ***

Fred i Hermiona nie odzywali się do siebie całą drogę do auta.
Obydwoje przesadzili, dobrze o tym wiedzieli. Niestety ich jedną z niewielu wspólnych cech było to, że nie odpuszczali zbyt łatwo. W końcu bycie gryfonem to nie tylko zwykły podział na domy.
Gdy doszli do samochodu, Fred spróbował odpalić auto. Bezskutecznie jednak. Remus dał mu wskazówkę, że zanim woda którą zamienił skomplikowanym zaklęciem w benzynę, dopiero po czasie powinno zadziałać i auto wtedy samo się odpali na znak, że już jest na chodzie. Usiadł więc na masce samochodu i wsadził do ust papierosa. Odpalając go, zerknął kątem oka na Hermione. Siedziała w aucie, opatulona jego bluzą.
Zrobiło mu się przykro.
Powoli zaczęło do niego docierać, jak wielką przykrość jej sprawił. Jedyne co go tłumaczyło to był fakt, że sama przypięła mu plakietkę skurwiela bez mózgu. Jemu też było przykro, tyle że był mężczyzną z krwi i kości, który nie potrafi pokazać swoich słabości. Dziewczyna wyszła bez słowa i usiadła obok niego na masce. Widocznie nie chciała być sama.
Spojrzał na nią.
Stała się dla niego tak ważna, przez tak krótki odstęp czasu.
To było tak nieodpowiedzialne i dziecinne.
Jak zresztą całe jego życie.
 Hermiona kaszlnęła dwa razy i schowała ręce w rękawy.
- Przeszkadza Ci? - odezwał się pierwszy, pokazując jej papierosa. Pokiwała delikatnie głową.
Była tak czysta, że nawet taka drobnostka jej szkodziła. Podobało mu się to. Nigdy nie kręciły go takie dziewczyny, a jednak u niej podobało mu się to. Nie tylko to. Podobała mu się cała jej nieskazitelność.
- Długo to będzie trwało? - zapytała cicho. Miała dość już sporów. Zwłaszcza z nim. Po tym co jej powiedział, nie wiedziała czy ona tu zawiniła, a on po prostu chciał jej dopiec, mówiąc to na złość, czy rzeczywiście tak uważał. Nic już nie wiedziała.
- Nie mam pojęcia - pokręcił głową - Remus mówił, że musimy chwilę poczekać
- Rozumiem - rozpięła bluzę i ją ściągnęła - trzymaj, koszulka już wyschła
- Niee, miej ją, jest zimno
- Dam radę - podała mu ją - nie musisz zgrywać dżentelmena - chłopak westchnął i przerzucił bluzę przez ramię.
Nastała cisza. Każde z nich miało wyrzuty sumienia, lecz także pretensje do siebie nawzajem.
- Ta dziewczyna...
- Nie tłumacz się, nie mam Ci tego za złe
- Nie - tym razem on jej przerwał - chcę żebyś to wiedziała - zacisnął szczękę i opowiedział jej całą historie dotyczącą Madison. Hermiona kiwnęła na końcu głową. Po poznaniu sytuacji, zrobiło jej się głupio. Rzeczywiście nie zrobił nic złego. Z drugiej strony, nie wiedziała ile w tym prawdy. Tyle że po co chłopak miałby ją okłamywać?
- Możesz robić co chcesz
- Wiem - odpowiedział pewnie. Dalej miał jej za złe tego co powiedziała i postanowił zachowywać się w sposób, w jaki go podsumowała. Jako oschłego dupka.
Po chwili usłyszeli sygnał zapalającego się samochodu. Odetchnęli z ulgą. Obydwoje nie byli zbyt chętni kontynuowania tej niezręcznej rozmowy.
Hermiona pospiesznie wsiadła do samochodu, a za nią uczynił to rudzielec. Ruszyli bez słowa. Przez dłuższy czas wpatrywała się w szybę a Fred w drogę. Jechał o dziwo wolno i bezpiecznie. Chyba miał dość prowokowania na siłę gryfonki. Obydwoje milczeli. Dziewczyna spojrzała na niego. Ręce miał kurczowo zaciśnięte na kierownicy i co jakiś czas wypuszczał powietrze przez usta. Martwił się.
- Hej, spokojnie - odezwała się w końcu - wszystko będzie dobrze
- Wiem - zapewnił ją rudzielec. Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Niestety chłopak miał tendencje do ukrywania swoich obaw,  obojętnie jak by były duże.
- Poradzimy sobie - mimo kłótni i żalu do niego, szatynka nie potrafiła patrzeć na niego w takim stanie. Przecież chodziło o jego ojca - Ty sobie poradzisz - wykorzystała moment, kiedy miał rękę na skrzyni biegów i wplotła w nią swoją. Chciała chociaż w ten sposób dodać mu otuchy.
- Potrafimy walczyć o nasze, Fred, gdziekolwiek jest Twój tata, damy im rade - kontynuowała, a chłopak nagle nie wiadomo kiedy gwałtownie zahamował. Hermiona spojrzała na niego wystraszona.
- Obiecaj mi coś, dobra? - powiedział stanowczo, łapiąc ją za nadgarstek - nie będziesz się w to mieszała, okej? Ta sprawa nie dotyczy Ciebie, więc nie będziesz się narażać
- Fred, jak możesz tak mówić, jesteśmy drużyną!
- Obiecaj mi! - potrząsnął jej ręką. Nie wiedziała co w niego wstąpiło.
- Nie ma mowy! - wyrwała rękę.
- Nie mam szczególnej ochoty martwić się jeszcze o Ciebie, wiesz?
- A co z Ginny!? - wykrzyczała mu - jest Twoją siostrą, o nią się nie martwisz!?
- Nie martw się, George nie pozwoli na to, żeby się narażała, obydwie nie weźmiecie w tym udziału, to zbyt niebezpieczne
- I kto to mówi, do cholery jasnej - zaśmiała się w nerwach - Fred Weasley, najbardziej odpowiedzialny chłopak na świecie!
- Może i nie robię zbyt odpowiedzialnych rzeczy, ale nie narażę  was dwóch na takie niebezpieczeństwo - spojrzał na drogę i zaczął jechać.
- Nie musisz, sama się chętnie narażę, nie masz nic do gadania!
- Hermiona, jesteś dla nas wszystkich jak rodzina, Ginny jest naszą rodziną, jesteście niepełnoletnie, myślisz, że Ron będzie mógł w tym wziąć udział?
- Jak wszyscy to wszyscy - szatynka spojrzała w okno i założyła ręce. Zrobi wszystko, by pomóc panu Weasley'owi, nawet jeżeli Fred ma do tego wielki problem.
- Dlaczego musisz być tak cholernie uparta? - uderzył pięścią w szybę, wyładowując złość.
- Od kiedy zrobiłeś się taki upierdliwy?
- Tu chodzi o wasze bezpieczeństwo, nie dacie sobie rady - nie mógł powstrzymać krzyku i gestykulowania rękami.
- Nie martw się, poradzimy sobie lepiej od Ciebie i George'a!
- Dobra - pokręcił głową - widocznie się nie dogadamy 
- Widocznie nie - także pokręciła głową. Pięć minut później zobaczyli z oddali Norę. Nie odzywali się do siebie przez resztę drogi. Fred w nerwach prawie wywinął w bok garażu, gdy do niego wjeżdżał, rzucając przy tym wiązankę przekleństw. Gdy zgasił silnik, szatynka jakby tylko czekała aż się stamtąd uwolni, wyszła z impetem trzaskając drzwiami. Chłopak powędrował za nią wzrokiem i westchnął. To było niemożliwe ile razy potrafiła go w ciągu dnia rozzłościć.
Gdy wyszedł z auta, usłyszał znajome krzyki swojej matki. Z tego co zdołał zrozumieć, gwałtownie coś tłumaczyła. Splunął na trawę i rozprostował szyje. Czekał tylko, aż to piekło się skończy. Niestety tym razem sytuacja z gryfonką mu tego nie ułatwiała. Hermiona czekała na niego przed drzwiami. To było oczywiste, że gdyby weszli osobno, od razu by się wszyscy skapnęli, że się posprzeczali. Tym bardziej teraz, kiedy wszyscy podejrzewają, że mają coś do siebie i każdy uparcie ich obserwuje. Fred bez słowa otworzył drzwi i przepuścił w nich Hermione. Ta dalej z założonymi rękami weszła do środka. Obydwoje pojawili się równocześnie w salonie. Zauważyli cały zakon przy stole i o dziwo swoje rodzeństwo im towarzyszące. Ginny gestykulując coś tłumaczyła a poszczególni członkowie wymieniali zdania między sobą. Gdy zauważyli parę nastolatków jakby odetchnęli z ulgą.
- Bill! - zawołał Fred, zauważając swojego najstarszego brata.
Dość dawno go nie widział.
- Cześć młody! - chłopak wstał z miejsca. Rudzielec podszedł do niego i uścisnął po męsku. Bill po chwili skierował się w stronę Hermiony i także ją uściskał.
- Hermiona, to Ty? - zapytał puszczając jej oczko. Czarownica się zaśmiała.
- Nigdy nic nie wiadomo! 
- Tak bym wam chciał przypomnieć, że to nie jest zlot rodzinny - odezwał się Alastor Moody. Nastolatkowie usiedli na wolnych miejscach. Gdy Lupin zaczął rozmawiać z Billem a Syriusz z George'em, nastał mały chaos. Hermiona wykorzystała ten moment i spojrzała na swoją przyjaciółkę. Wiedziała już wszystko. Ruda siedziała z założonymi rękami i mierzyła swojego brata rozmawiającego z Syriuszem. Już była pewna, że George przeprowadził jej taką samą 'rozmowę rodzicielską'. Jedyne co ją dziwiło to fakt, że Ron tak aktywnie uczestniczy w zebraniu, jakby był członkiem zakonu. Nie widać było po nim grama pretensji jak u swojej siostry. To wydało jej się dziwne.
- Że gdzie jest tata!? - Fred musiał zapytać jeszcze raz, bo myślał, że się przesłyszał.
- U Malfoy'ów, Fred - odpowiedział mu z żalem w głosie Syriusz. Nikogo nie ucieszyła ta wiadomość. Nie to, że inne miejsce porwania Artura by ich cieszyło, ale Malfoy Manor to chyba jedna z najbardziej pesymistycznych opcji. Hermiona słysząc to nazwisko aż się wzdrygnęła. To było tak niedawno. Zabolała ją każda część ciała. Wspomnienia wróciły.
- Przygotujcie się, wyruszamy o godzinie pierwszej, myślę, że Malfoy'owie o tej godzinie śpią - zaplanował Lupin patrząc po wszystkich.
- Zróbmy to teraz! - Fred wstał z miejsca i zacisnął pięści - będziemy się skradać jak szczury!? Oni powinni pożałować tego co zrobili! - spojrzał ukradkiem na Hermione. Znów zobaczył w jej oczach strach. Dobrze wiedział co w tym momencie przeżywa.
- Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam walczyć - dodał George i wstając, złapał swojego bliźniaka za ramie, dając wszystkim do zrozumienia, że się z nim zgadza. Po chwili wstał Bill.
- Bill? - zapytała cicho jego mama.
- Oni mają racje mamo - starsi członkowie zakonu spojrzeli po sobie. Ginny, Ron i Hermiona wstali w tym samym momencie. Nie wiedzieli, czy mają coś do powiedzenia, jednak podzielali pomysł Freda. O dziwo wszystkim, minęła chwila i z miejsca podniósł się Syriusz. Nikt nie spodziewał się, że sprzeciwi się zdaniu zakonowi. Dotąd było jednoznaczni.
- Łapa, siadaj - powiedział stanowczym głosem Lupin.
- Wybacz Remusie, ale i we mnie płynie gryfońska krew - spojrzał mu głęboko w oczy szukając jakiejś małej siły, która przewyższyła by jego tak silną odpowiedzialność - to hańba działać wbrew swojemu domu
- A niech wam będzie - wstała Molly Weasley. Tego to już całkiem nikt się nie spodziewał - nikt nie będzie krzywdził mojej rodziny
- Remusie...
- Siedź Tonks - przerwał jej mąż. Obserwował bacznie poczynania innych członków zakonu. Ci z kolei obserwowali jego poczynania.
- A co ja do cholery mam do stracenia - zaśmiał się Moody i niezgrabnie, podpierając się swoją laską, wstał. Już tylko zaledwie kilka osób zostało na swoich miejscach. Mina Remusa stawała się coraz bardziej zniesmaczona. Wiedział, że tym razem nic nie pójdzie według jego planu. Chcąc nie chcąc, wstał i rozejrzał się po zebranych.
- Za pół godziny wszyscy zbierzemy się przed Norą - spojrzał na Molly - przygotujcie się, to nie będą koleżeńskie odwiedziny - po tych słowach wyszedł z pomieszczenia i słychać było tylko odgłos trzaskających drzwi.
Zapanował chaos. Nikt nie wiedział za co się zabrać i jak tak naprawdę się przygotować. Hermiona poszła więc na górę się przebrać. Wciąż była przekonana, że mimo próśb chłopaka i tak uda się z resztą. Nie była tchórzem i nie miała zamiaru schować się w domu. Gdy ubrała wygodne ciuchy, zostało jej jeszcze jakieś piętnaście minut. Postanowiła pójść do tajemniczego pokoju rudzielca, żeby wykorzystać ten czas. Liczyła, że nikogo tam nie zastanie, przecież wszyscy tkwili na dole wymijając się bez celu w pośpiechu. Leniwie przeszła po schodach na górę. Ku jej zdumieniu drzwi były uchylone. Zaciekawiona, bezszelestnie wsunęła się do pomieszczenia i się rozejrzała. Ciemno, ani żywej duszy. Już chciała wychodzić, kiedy z balkonu o którym jeszcze ostatnio nie miała pojęcia usłyszała ciche westchnięcie. Stała jak sparaliżowana. Jeżeli ktoś wyjdzie, a domyślała się kto tam był, zostanie uznana za wariatkę. Więc postanowiła się ruszyć. Zrobiła kilka bezszelestnych kroków w stronę drzwi balkonowych, bo było jej po prostu bliżej. Stanęła bez ruchu, próbując przyciszyć do minimalnego stopnia oddech. Delikatnie przekręciła głowę tak, żeby widzieć choć kawałek balkonu. Zauważyła tam Freda. Chodził w te i wewte, ręce miał założone za głowę i nerwowo co chwila przeczesywał włosy. Wiedziała dlaczego był taki zdenerwowany. Przez jedno słowo. A raczej nazwisko. Malfoy.
- Pieprzone szczury! - krzyknął chłopak i dając upust emocjom, kopnął z całej siły w szczebel balkonu. Musiał w to włożyć dużo starania, bo słupek zrobiony z drewna złamał się w pół i zniknął w czarności nocy, zostawiając płotek szczerbatym. Przypuszczać można było, że w tym momencie zdolny był kopnąć wszystko co martwe i by mu stanęło na drodze. Po chwili oparł się o barierkę i wypuścił powietrze przez usta. Próbował się uspokoić.
- Przepraszam tato - powiedział po chwili. Hermiona jeszcze bardziej wytężała wzrok. Jedyne co mogła stwierdzić to fakt, że mówił sam do siebie.
- Przepraszam, nie jestem idealnym synem… sprawiam dużo problemów, wiem - to było coś w rodzaju spowiedzi, pozbycia się nadmiaru emocji - ale jedno Ci mogę obiecać, wyciągnę Cię z tego - splunął przed siebie - a gdy to zrobię to zapewniam, że Cię pomszczę, nie wiem jak i nie wiem kiedy, ale możesz być pewny, że Ci gnoje dostaną to, na co zasłużyli
 Hermiona miała mieszane uczucia. Nie wiedziała, co to miało być. Na pewno było to dziwne. Bardzo dziwne. Ale w tej dziwności tak prawdziwe. Jednak zaczęła się bać. Chłopak często tracił nad sobą kontrolę i podejmował głupie i pochopne decyzje. Taki był właśnie Fred. Nieodpowiedzialny, odważny i zawzięty.
- Zbierać się! - usłyszała nagle głos Remusa z dołu. Momentalnie skamieniała i jeszcze bardziej wtopiła się w ścianę. Widziała, jak chłopak wypuszcza powietrze i z tupetem wychodzi z pokoju. Odetchnęła z ulgą. Gdyby wiedział, że była świadkiem tej dość intymnej sytuacji, na pewno nie byłby szczęśliwy. Zresztą, ona też nie czuła się z tym za dobrze. Wolałaby w tym nie uczestniczyć.
Po minucie szybko popędziła na dół, gdzie czekała na nią Ginny. Jej mina mówiła, że nie ma dobrych wieści.
- Zostajemy tu - powiedziała zrezygnowana. - zostajemy tu bo pieprzony zakon tak zadecydował
- Co proszę? - szatynka czuła jak narasta w niej złość. Złość a zarazem niemoc. Nie myślała już co robi tylko z impetem wyszła z Nory, tak mocno otwierając drzwi, że uderzyły zewnętrzną stroną o ścianę. Zwróciła tym na siebie uwagę wszystkich zebranych.
- To mają być żarty jakieś?! - wykrzyczała, patrząc na ich zdziwione twarze - Wy pójdziecie walczyć, a my co? Mamy tu czekać na was z herbatką?! Nie zgadzam się!
- Hermiona wracaj do środka - powiedział spokojnie Fred. Rozwścieczyło to ją jeszcze bardziej.
- A Ty się zamknij! - wydarła się. Chłopak zamilkł, patrząc na nią bazyliszkowym wzrokiem. Ostatnią rzeczą jaką by chciał, to wszczęcie awantury z czarownicą przy wszystkich.
- Podajcie mi chociaż jeden, właściwy powód, dlaczego nam to chcecie zrobić, słucham!
- Jesteście niepełnoletnie, nie wiecie nawet jakimi sposobami walki oni potrafią dysponować
- A Ron?! - w szale złapała chłopaka za koszulkę i nią szarpnęła - Ron jest w moim wieku, więc nie rozumiem?!
- Ron jest mężczyzną - powiedział spokojnie Remus.
- Ron jest mężczyzną?! I to jest ten znaczący powód?! - spojrzała z wielkim wyrzutem na Lupina - a co to ma być jakaś cholerna dyskryminacja!?
- Hermiona zrozum, nie będziemy narażać was na to, Malfoyowie wiedzą, że Ginny to czuły punkt Weasley'ów, bo to ich jedyna córka, Ciebie z kolei wybierze sobie na cel Bellatrix, bo jest upośledzona na punkcie czystości krwi
- Nic mnie to nie obchodzi, będziecie musieli nas zmusić, żebyśmy tu zostały!!
- Tak? - zapytał Remus, po czym wyciągnął różdżkę i obtoczył błękitnym promieniem Norę, tworząc coś w rodzaju elektrycznej kopuły, która po chwili stała się niewidzialna.
- Znam to zaklęcie, myślisz, że powstrzyma mnie ono?!
- Hermiona, wiemy, że jesteś nadzwyczaj zdolną i odważną czarownicą, obydwie jesteście, ale tym razem po prostu nas posłuchajcie - powiedziała spokojnie Tonks, próbując udobruchać gryfonkę.
- Nic z tego, pokonam wasze wszystkie bariery, nie jestem tchórzem, nie schowam się tutaj przed niebezpieczeństwem
-Expelliarmus! - Syriusz z zaskoczenia rozbroił czarownice.
- Syriusz! Syriusz, oddaj mi różdżkę!
- Przepraszam, dziecinko, nie wybaczyłbym sobie, gdyby którejś z was by coś się stało
- Nie, nie, nie, nie możecie mi tego zrobić, po prostu nie możecie!!
- To koniec Hermiona, przykro mi - odpowiedział Remus. W jego głosie dało się wyczuć, jak bardzo trudna była dla niego ta decyzja. Kto jak kto, ale on najbardziej ze wszystkich doceniał zdolności Hermiony. Właśnie dlatego też chciał ją uchronić.
- Remus, nie! Ja.. - nie zdążyła dokończyć zdania, bo mężczyzna zniknął. Teleportował się. Za nim zrobiła to jego żona, potem Molly Weasley i tak po kolei znikał każdy z nich.
- Syriusz, proszę - powiedziała błagalnym głosem, gdy został tylko on i Fred. - Syriusz, nie rób nam tego - ruszyła w jego stronę. Była tak zdeterminowana, że nawet siłą by mu tą różdżkę odebrała.
- Przykro mi, Hermionka,  naprawdę - powiedział mężczyzna i z cichym hukiem zniknął. Dziewczyna wydała z siebie okrzyk protestu i chciała w ostatniej chwili złapać Syriusza, jednak Fred objął ją ramionami, uniemożliwiając jej jakikolwiek ruch do przodu.
- Puszczaj mnie, w tej chwili mnie zostaw! - szatynka się wyrywała,jednak był od niej silniejszy i już nie raz jej to udowodnił. Ta jednak w impulsie próbowała się na próżno uwolnić. Popychała go i szarpała, aż jego wszystkie mięśnie się napięły pod gładką koszulką.
- Hermiona, uspokój się, to nic nie da, no już - chłopak powtarzał jej cierpliwie do ucha. Była bliska rozpłakania się.
- Nie dotykaj mnie! - gdy już dotarło do niej, że musi tu zostać,odepchnęła rudzielca. Była wściekła a on był tym nieszczęśnikiem, na którym mogła wyładować złość. W pobliżu już nikogo nie było, więc był na to skazany.
- To Ty im to podsunąłeś, prawda? - zapytała stopniowo odsuwając się od niego.
- Zwariowałaś? - spojrzał na nią i pokręcił głową - słuchaj, może i się z nimi zgadzam, ale nigdy nie przyczynił bym się do tego żebyś była w takim stanie!
- Nie wierzę Ci - patrzyła na niego jak na wroga. Była wręcz pewna, że to jego pomysł. Miała ochotę roztrzaskać mu czaszkę. Czuła się poniżona i dyskryminowana. Nikt nie będzie za nią decydował jak za małe dziecko.
- Dlaczego za wszystko mnie próbujesz obarczyć winą?!
- Bo taki właśnie do cholery jesteś! Twoje ulubione zajęcie to uprzykrzanie mi życia! - chłopak zaśmiał się bezczelnie, co doprowadziło ją do jeszcze większej frustracji.
- Nie czuj się już taka wyjątkowa, co?
- Ale ja byłam głupia, myślałam, że Ginny, ja i wy jesteśmy drużyną, widocznie się grubo pomyliłam, Ty nielojalny dupku! - na dźwięk tych słów z ust Freda zszedł złośliwy uśmieszek, a pojawiła się wściekłość. Podszedł do czarownicy i złapał ją mocno kciukiem i palcem wskazującym za brodę.
- Możesz mnie nazywać jak chcesz, przeżyje to, ale jestem ostatnią osobą, która byłaby nielojalna wobec swoich, więc nigdy więcej tak do mnie nie mów, rozumiemy się? - patrzył na nią jeszcze chwile, a jego wzrok przeszywał jej całe ciało. Nie mogła nic z siebie wydusić, a oczy mało nie napełniły się łzami jak małej dziewczynce na widok potwora z bajki. Najgorsze było jednak to, że ciało przechodziły jej ciarki gdy tak na nią patrzył. Gwałtownie przekręciła głowę w bok, żeby wyrwać twarz z objęć rudzielca.
- Idź do diabła, Weasley - po prostu chciała się odwrócić i zniknąć mu z oczu, zanim sama wybuchnęła by złością. Chłopak jednak jej to uniemożliwił. Złapał ją za nadgarstek i pociągnął gwałtownie do siebie. Nie zdążyła zareagować. To działo się pod impulsem sekundy. Złapał zdezorientowaną dziewczynę w pasie i dość mocno przysunął ją do swojego ciała.
 Znowu to zrobił.
Drugą ręką chwycił jej policzek i namiętnie ją pocałował. Nie jak za każdym razem, pewnie ale delikatnie. Dosłownie zmusił jej usta do tego. Pocałunek był nachalny, jakby rudzielec chciał zrobić jej na złość. Przedłużał go i przedłużał, a ona nie miała nic do gadania. Po chwili oderwał się od niej. Uśmieszek nie schodził mu z ust.
- Idź do diabła, Granger - puścił jej oczko i zanim zdążyła wściec się na niego niemiłosiernie po prostu najzwyczajniej w świecie się teleportował. Hermiona wydała z siebie okrzyk pełen wściekłości. Pierwszy raz stała się ofiarą takiej dominacji ze strony jakiegokolwiek chłopaka.
Znała opinię Freda w Hogwarcie. Właśnie w tej chwili ją potwierdził. To był typ chłopaka, który po prostu robił zawsze to co chce. I mimo, że widziała w nim wiele pozytywów to musiała przyznać, że był taki, jakiego go opisywano. Zresztą i tak o to nie dbał. Niektórym się to podobało, niektórym nie. Dziewczyny były w niego wpatrzone, męska część go naśladowała. Dzisiaj jej pokazał na własnej skórze, jaki potrafił być. Jak chłopak, który bawi się dziewczynami. Jakby wiedział czego chce i nie zważał na jej widzimisię. Mógł robić takie rzeczy bez czyjejś zgody, tłumacząc się beztrosko, że po prostu miał na to ochotę, więc to zrobił. Szatynka nienawidziła tego typu chłopaków. Chciała zatuszować sobie tą część jego charakteru, jednak gdy użył tego na niej, nie miała już nic do powiedzenia. Była w nim zakochana, fakt, nie mogła powiedzieć, że to nie było przyjemne. Jednak nie tak to miało wyglądać. Nie on tu miał być górą.
 Zrobił jej to na złość, wiedziała o tym. Nienawidziła go za to, że tak łatwo dała się mu uwieść. Po prostu dzisiaj przegrała. Przegrała na całej linii. Odezwała jej się w głowie tak silna żądza zemsty, jakiej jeszcze nigdy nie czuła. Żarty się skończyły. Chciała mu udowodnić, kto tu kim się będzie bawił i już nie zważała na to czy to w jej stylu, czy jej wypada. Choć raz miała takie zamiary, jakie na Hermione Granger nie przystało.

'Będziesz jeszcze chciał iść do tego diabła, Weasley' -  tylko to chodziło jej po głowie. 

******************************************************************* 

Nie wiem co mam tu napisać. Rozdział mi się podoba. Sytuacja u mnie jest ciężka, wybaczcie brak tłumaczeń. Po prostu niektóre sprawy mnie przerosły, zrzut nieszczęść nastąpił z dnia na dzień. Nigdy nie sądziłam, że nawet pisanie, które jest dla mnie jak naturalny lek będzie dla mnie ciężkie. Nie odchodzę, piszę dalej. Intensywnie pracuję, nie martwcie się. Jednak przyznam, że nie jest dobrze. Szanujcie swoją rodzinę i swoje życie bo to najpiękniejsze co możecie dostać i pielęgnować. 
Kocham Was, 
Maggie xx