niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział 14

Rozdział  XII „Hmm…. Molly, a co byś powiedziała na zaproszenie do nas na herbatkę?”


- Gdzie są farby? – zapytał zniesmaczony Ron widząc w szopie z narzędziami martwą mysz. George widząc to, kopnął zwierzę czubkiem trampka w dziurę w podłodze. Bracia zaczęli szukać charakterystycznych kubłów z mugolskimi barwnikami.
- Ale się wściekła, co? – zapytał znienacka Ron, gdy po znalezieniu narzędzi do malowania znaleźli się już na trzecim piętrze.
- Eee… bywało gorzej.
- Słuchaj… - zaczął spięty czymś Ron – Fred i Percy muszą się w końcu dogadać… no nie?
- Przydałoby się! Ja Nie zamierzam nosić tych metalowych puszek aż na czwarte piętro!
- Mam jeden pomysł… - zaczął niepewnie młodszy rudzielec. George wsadził pędzel do wiaderka i oparł się o jeszcze Nie pomalowaną ścianę. 
- Nawijaj – powiedział znudzony. Ręką odgarnął rude włosy, a na jego policzku została brązowa plama. Ron zacisnął pięści.
- No bo… Nie myślałeś żeby ich odstresować? – poczuł kropelki potu na plecach. Nie były z wysiłku. – …nas wszystkich odstresować…
- Może jaśniej? – George zaciekawiony założył rękę na rękę.
- No bo ja ten… myślałem żebyśmy…. No…. Zrobili sobie taki typowo męski wieczór, co? 
- Hmm…. Ciekawa propozycja –Bliźniak uśmiechnął się zamyślony.
- Tylko że ten… - Ron wytarł mokre ręce o dżinsy – byś musiał załatwić… no napoje…. – Gdy spojrzenia obu braci się spotkały, młodszy brat szybko spojrzał na swoje buty, a policzki mu pociemniały.
- Ron, przecież wiesz że kremowe piwo sprzedają nieletnim – George z pogardliwym uśmieszkiem go zmierzył – nawet tobie – zażartował. Ron przygryzł wargę, i zamrugał zdenerwowany. Na szczęście jego twarz zakryły kosmyki rudych włosów, więc jego brat Nie zauważył nagłego spięcia.
- Tylko że…. Mi chodzi o coś innego… - chłopak zacisnął usta tak mocno, że zrobiły się aż sine – coś… większego – dokończył. George zarechotał cicho.
- O proszę! – krzyknął rozbawiony – ognistej się zachciało, co młody?! – Bliźniak niezauważalnie podniósł brudny pędzel.
- Ej… a może chciałbyś spróbować czegoś znacznie lepszego? – zapytał tajemniczo, i powoli podszedł do brata. Ron machinalnie podniósł głowę zafascynowany, a jego oczy się zaświeciły.
- Yhym – mruknął, ukrywając podekscytowanie bijące z wnętrza. Co jak co, ale Fred i George znają się na dobrej zabawie. Zwłaszcza kiedy chodzi tu o trunki.
- No dobra, tylko obiecaj, że Nie piśniesz ani słowa mamie, a gwarantuje że ci się spodoba….
- Słowo! – odpowiedział szybko zniecierpliwiony. George stał z nim twarzą w twarz.
- Gotowy? – zapytał. Ron skinął energicznie głową. Co to mogło być? Nie miał pojęcia. Bliźniak trzymał go chwilę w napięciu, po czym krzyknął.
- MASZ! – Jedno machnięcie, i Ron wyglądał jakby był za bardzo wytapetowaną Ginny. Poczuł w ustach smak farby, i jego brwi zmarszczyły się gniewnie.
- Ty kłamco! – wrzasnął podnosząc swój pędzel, i po chwili na koszulce Georga znalazło się multum brązowych kleksów. I tak została wywołana kolejna bitwa młodych Weasleyów. Krople farby rozprzestrzeniały się z błyskawiczną prędkością, a bracia wyglądali jakby przed chwilą wrócili z kąpieli błotnej. Nagle rozległ się huk.
- CO TO MA DO LICHA ZNACZYĆ!? – wrzasnęła stojąca w drzwiach Molly Weasley i jednym płynnym ruchem różdżki pozbyła się wszelkich brązowych niespodzianek. Nawet schludnie pomalowana ściana z powrotem została ogarnięta bielą.
- Ej! To dopiero co wyschło! – krzyknął pretensjonalnie George wskazując na wcześniej pokryty farbą fragment. Pani Weasley założyła ręce na biodra.
- Za karę od nowa zaczniecie! I tym razem bez żadnych numerów, ZROZUMIANO!? – Chłopcy pospiesznie skinęli głowami, i złapali za pędzle. Gdy mama wyszła, wybuchli śmiechem, i zabrali się do pracy.

                                                                ***

Hermiona leżała bez ruchu. Gdyby Nie regularne podnoszenie się klatki piersiowej, można było by ją uznać za coś martwego. Spała zwinięta jak kotek. Robiła tak od małego. Kiedyś w mugolskim przedszkolu była nawet żartobliwie przezywana, ponieważ zawsze w czasie drzemki kuliła się niczym jej rudy kot Krzywołap. Ciche skrzypnięcie; przewróciła się na drugą stronę. Po chwili skrzypnięcia się mnożyły aż szatynka wydała z siebie cichy pomruk. Jej, Chyba naprawdę miała coś z kota. Powoli zaczęła otwierać oczy. Blask zalał jej dotąd ciemny widok, a źrenice się zmniejszyły. Obudziła się.
- Gin… - szepnęła cicho. Nic jej Nie odpowiedziało. Spojrzała otępiale w bok. Jej przyjaciółka ani drgnęła, pochłonięta błogim snem. Postanowiła jej Nie budzić. Bo po co? Należy jej się sen. Szczególnie po tylu koszmarnych nocach, jakie przeżyła. Hermiona cicho podniosła się z łóżka rudej, i rozprostowała kości. Niemrawo poczłapała do sąsiedniej łazienki. „Prysznic” – pomyślała. Subtelnie zrzuciła ubrania i związała włosy w luźny kok. Gdy puściła wodę jej ciało ogarnęła przyjemna i ciepła wilgoć. Zmęczenie w oczach przeobraziło się w rześkość, a ujmujące mrowienie przeszyło jej po kościach. Minęło dziesięć minut. Z bólem serca zakręciła wodę, a przez jej ciało przeszła nagła fala chłodu. Stanęła na płytkach zawijając się szczelnie w jedwabny ręcznik. Włosów Nie było potrzeby wiązać ręcznikiem, ponieważ Nie zmoczyła ich zbytnio. Rozpuściła je tylko, i przeczesała rękami. Spojrzała w lustro, i uśmiechnęła się do odbicia. W lustrze zerkała na nią zadowolona kobieta, z włosami których Nie potępiła by nawet Bellatriks Lastrange. Makijaż spłynął z jej twarzy podczas kąpieli, więc wyglądała prawie jak swoja młoda imitacja. Ale to Nie było w złym sensie. Może i fryzurą i brak podkreśleń cery przypominała siebie z dawnych lat, to jej twarz od niedawna przybrała bardziej kobiece owale. Pierwszy raz mogła przyznać, że wygląda seksownie. Przemyślenia przerwał jej coraz większy chłód w stopach, od zimnych płytek. Podeszła do swoich ubrań, i zaklęła w duchu. Były całe mokre. Z frustracją wyszła z ciepłej łazienki, i weszła do „swojego” pokoju. Już chciała skierować się w stronę szafy, lecz jak tylko przeszła przez próg ujrzała najmniej spodziewanego gościa. Jego.
- Fred!? – chłopak stał tyłem do niej, a rękami przewracał stronnice jakiejś książki, z samymi fotografiami.
- No cześć – powiedział zalotnie, nadal Nie obracając się do niej.
- Co ty tu robisz!? I kto ci pozwolił ruszać mój album!? – wykrzyknęła zezłoszczona. To był dla niej szczyt bezczelności. Nie dość że ten rudzielec sobie tak po prostu Tutaj wlazł, to jeszcze bez pytania przegląda w najlepsze jej album ze zdjęciami.
- WYNOCHA! – krzyknęła.
- Czekaj, zaczynają się zdjęcia z tamtych wakacji, Ooo, to przecież ja! Jaki ładny! – W Hermionie buzowała złość. On ją najzwyczajniej w świecie olewał. W pokoju rozległ się cichy jęk. Ginny się obudziła.
- mmm…. Co?! Fred!? – wydarła się nieprzytomnie, i roztarła nerwowo oczy.
- Co tam, ruda? – zapytał niedbale, nadal Nie odrywając nosa, od zdjęć. Ginny rozejrzała się po pokoju. Jej wzrok zatrzymał się na przyjaciółce, i po chwili wyglądała jakby połknęła małe słońce. Wzkazała na nią palcem.
- Her… Her… - wydobyła z siebie tylko. Hermiona spojrzała w dół i zamarła. Stała w niemalże nago, zakrywając się tylko ręcznikiem, i to jeszcze przed chłopakiem.
- Aaaa!! Wynoś się! Natychmiast! – krzyknęła zrozpaczona nerwowo przytrzymując niestabilny materiał. Fred natomiast Nie świadom niczego w najlepsze przeglądał fotografie.
- Dobra, zaraz, mama przysłała mnie po bezo…. – Jego oczy mało Nie wyszły z orbit. Gdy się obrócił, Nie liczył na taki widok. Jego szczęka się rozwarła. Widzi ją. Bez ubrań. A zakrywa ją jedynie lichy ręcznik. Zwariował. To sen? Nie. Lepiej.
- Tyy… ty… ty… - zacięła się szatynka. Policzki jej poróżowiały. Dlaczego on musi się tak gapić?
- Chrystusie Przenajświętszy! – krzyknął Fred, łapiąc się za włosy. Nie mógł wykonać najmniejszego ruchu. Serce mu zadrżało. Miał ochotę wtopić się w jej usta. Zerwać z niej ten ręcznik. Po chwili sam się jednak przeraził tymi myślami. Aż tak pożąda tej dziewczyny? „JESTEŚ FACETEM! TO NORMALNE!” – dudniło mu w głowie. Jednak męczyło go poczucie winy. Spojrzał jej w oczy. Malowało się w nich zakłopotanie. Dzika ochota na jej usta zniknęła, a pojawiło się współczucie. Chciał ją otulić. Zasłonić. Zapewnić bezpieczeństwo. Podszedł do niej powoli, z takim zamiarem, lecz poczuł gwałtowne szarpnięcie za tył koszulki, a czyjeś ręce zaczęły bić go po plecach.
- Ty zboczony kretynie! – krzyknęła Ginny okładając go pięściami po głowie i ramionach.
- Nie… Ał!.... to Nie…. AŁA!... Nie chciałem nic! GINNY! – bronił się Fred, co chwila obrywając bezlitosnymi piąstkami młodszej siostry. Uciekając przed uderzeniami skierował się w stronę drzwi. Ostatni raz odwrócił głowę by spojrzeć na Hermione. Jej twarz była bez wyrazu. Lekko się do niej uśmiechnął. Gdyby Nie kolejna fala ciosów Ginny, mógłby przysiądź że odwzajemniła ten gest. Po chwili złapał siostrę za ręce i odepchnął w głąb pokoju, a sam zatrzasnął za sobą drzwi biegnąc do pokoju łączącego go z Georgem. Co jak co, ale jego siostrzyczka umie nieźle tłuc.

                                                                    ***

Pani Weasley nerwowo spojrzała na zegarek. Pół do piątej. Zakon powinien już być. Minęło trzy dni od kiedy dowiedzieli się o porwaniu Artura. Dzisiaj był szesnasty lipiec. Dzień Narady Zakonu Feniksa. Domowa atmosfera nieco się polepszyła. Co prawda Fred i Percy nadal się Nie pogodzili. Wręcz przeciwnie. Unikali siebie jak ognia, by uniknąć pretekstu kolejnej kłótni, a jeżeli dochodziło już do spotkania ich spojrzenia pałały nienawiścią. Hermiona zaciągnęła wczoraj Ginny do jakiegoś mugolskiego sklepu w przedmieściach Londynu, gdzie szatynka kazała jej wybrać sobie sukienkę na urodziny w formie prezentu. Oczywiście zabranie jej do sklepu sprawiło, że i Ginny, i nawet Hermiona wróciły z pełnymi torbami ubrań. Chłopcy natomiast zachowywali się zupełnie neutralnie. Fred i George znowu się wygłupiali. Ron był ciągle głodny, a Percy przynudzał ich ministerskimi mądrościami.
- Już idę!  - krzyknęła Molly, gdy usłyszała słabe pukanie do drzwi. Poczłapała w stronę wejścia, a deski pod którymi znalazły się jej stopy regularnie poskrzypywały. Wytarła mokre od mycia naczyń ręce i otworzyła niedbale drzwi. Z zewnątrz uśmiechał się do niej Remus Lupin, a promienie słoneczne oświetliły mu twarz. Mimo że na dworze było ponad dwadzieścia stopni, były huncwot odziany był w bawełniany sweter. Jego włosy znacznie posiwiały od ostatniego spotkania. To pewnie przez stres.
- Witaj Molly – rzekł radośnie, a pani Weasley obdarowując go uprzejmym uśmiechem, gestem zaprosiła go do środka.
- Ooo, jestem pierwszy? – zapytał zdziwiony rozglądając się po Norze.
- Tak Remusie – kobieta spojrzała za drzwi. – a gdzie Tonks?
- Jest niestety chora, lecz kazała mi potem wszystko opowiedzieć – Lupin pokiwał głową z zafascynowanym uśmiechem – cała Nimfa!
- Biedaczysko… herbatki?
- Chętnie – odpowiedział, i zasiadł przy drewnianym stole, oczekując napoju.

                                                          ***

- Nie! – krzyknęła Ginny wykrzywiając twarz. Jej wzrok skierował się w stronę okna.
- No proszę! Patrz jaka ładna pogoda! – zachęcała ją przyjaciółka. Ginny jednak za żadne skarby świata Nie chciała się zgodzić, aby poszły dzisiaj popływać w jeziorze, niedawno odkrytym przez Mione.
- Nie! Rozmarzę się! A poza tym ja…. Ja…. Ja szybko marznę! – Hermiona wybuchła histerycznym śmiechem.
- Pff…. W wodzie jest ponad dwadzieścia stopni, Nie rozśmieszaj mnie!
- Nie! Nie! Nie! – szatynka założyła ręce na piersi i stanęła tak, żeby patrzeć jej w oczy.
- Wiesz co? Jesteś wredna! Ja jak chciałaś sobie polatać na miotle, musiałam ci towarzyszyć, i tak to się skończyło! – podniosła lekko koszulkę pokazując fioletowego siniaka w okolicach pępka. Ginny westchnęła cicho.
- Uch, no okej – Hermiona pisnęła z radości i przytuliła przyjaciółkę. Ruda nagle osłupiała.
- Hermiona! Trzeba się szykować! Jaki strój wybrać?! A makijaż!? Dalej masz ten mugolski tusz nieprzemakalny, czy coś tam!? – Szatynka roześmiała się cicho, i obydwie skierowały się do łazienki.
  - Ty w ogóle wiesz gdzie idziesz? – zapytała Ginny idąc po jaskrawo zielonej trawie. Hermiona szła hardo wyprzedzając ją. Zdołała zapamiętać drogę, kiedy wracali z Hogwartu.
- Najwyraźniej tak – odpowiedziała promiennie, wskazując palcem na wielką, niebieską plamę wyodrębniającą się z zielonej przestrzeni. Dziewczyny przyspieszyły kroku. Po pięciu minutach stały na brzegu jeziora w strojach kąpielowych.
- Dobra teraz musimy się powoli zamo…. – ruda Nie zdążyła dokończyć zdania gdy coś z tyłu złapało ją w talii i pociągnęło do przodu. Hermiona tak się przestraszyła, że straciła równowagę i wpadła z impetem do wody. Gdy obie się wynurzyły zaczęły kaszleć i dyszeć, a przed ich mokrymi oczami ukazała się rozmazana postać z blond włosami.
- Luna!? – zapytała nerwowo Ginny – CZEMU!? – Luna zachichotała cicho i pomogła im wygrzebać się z wody. Dziewczyna Chyba pierwszy raz wyglądała normalnie. Jej niebieski strój kąpielowy bardzo pasował do bladej cery, a włosy czarodziejki były związane w luźny kok na czubku głowy.
- Przepraszam, próbowałam ochronić cię przed gnębiwtryskami które wyczuły twój strach związany z wodą – Luna  zrobiła swoją naturalną minę – można je przepędzić jedynie zwalczając ten fantom.
- Nic się Nie stało, gdyby Nie ty, to ona dalej by się „zamaczała” dwie godziny – odpowiedziała rozbawiona Hermiona, a Ginny zmierzyła ją wściekłym spojrzeniem.
- Luna, skąd ty się tu wzięłaś? – zapytała spokojnie ruda, powstrzymując złość.
- Och, przyszłam się po prostu popluskać, tak myślałam że was tu znajdę – Luna niespodziewanie zanurkowała, dwie przyjaciółki spojrzały na siebie zdziwione, po czym rozległ się kolejny plusk, i luźny kok mokrej blondynki, był jeszcze luźniejszy.
- No to co dziewczyny, popływamy trochę? – zapytała ochoczo Hermiona i Nie czekając na odpowiedz popłynęła w głąb jeziora. Ginny i Luna po chwili uczyniły to samo.

                                                                ***

- Są wszyscy? – zapytał Moody wstając z miejsca. Wszyscy wydali z siebie ciche pomruki oznaczając swoją obecność.
- No więc tak, Nie zamierzam głupio tłumaczyć po kiego się tu zebraliśmy, bo Chyba wszyscy wiecie – Szalonooki rozejrzał się. Twarz każdego członka zakonu była smutna i niewyraźna. Tak, wiedzieli o co chodzi. – Percy, co wiemy?
- Mało Alastorze. Dowiedziałem się od pewnego świadka, że widział tatę jak wychodził z Ministerstwa, a „jakaś” zakapturzona postać potraktowała go od tyłu Drętwotą – Percy zrobił przerwę, i upił łyk wody – dopiero kilka dni temu nasz informator zdołał się na podanie nam cennych faktów, tłumacząc się tym że porywacz mu groził – członkowie zakonu popatrzyli się na siebie znacząco, a po chwili znów przemówił Moody.
- Jakieś propozycje, he?
- Proponuje czekać – odezwał się spokojny głos Remusa Lupina.
- Na co Remusie? Aż przyślą nam go martwego? – powiedziała pani Weasley słabym tonem.
- Molly, rozumiem że to twój mąż, ale nawet nie wiemy od czego zacząć – obronił się wilkołak. Z miejsca wstał Syriusz Black.
- Popieram Molly, za dużo przeżyła, żeby teraz jeszcze czekać na jakiś odzew!
- Ale..
- Zrozum ją Remusie – przerwał mu Syriusz – a co byś zrobił, jakby nie daj Boże, porwano Tonks?
- Syriuszu! – w salonie wybuchła wielka awantura. Połowa stołu była zdania Lupina, a połowa wręcz przeciwnie. Tylko jedna osoba cierpliwie i stoicko przyglądała się kłótni. Jednak po chwili rozległo się szuranie krzesła. 
- CISZA!!!! – usłyszeli potężny głos. Momentalnie Nore wypełniła grobowa głusza. Dumbledore.
- Tak lepiej – powiedział spokojnie – rozumiem to, że wszyscy macie swoje racje. W tym momencie możemy zrobić tylko jedno. Iść na kompromis! – Dumbledore uśmiechnął się promiennie, i rozglądał się po niezrozumiałych twarzach członków Zakonu.
- Mniej więcej chodzi o to, moi kochani, że poczekamy trzy, cztery dni, a jeżeli do tego czasu słudzy Sami-Wiecie-Kogo nie będą mieli w planach się pokazać, zainterweniujemy – Nikt nie powiedział ani słowa. Ten pomysł spodobał się każdemu.

                                                                       *** 
- Dziękuje za gościnę, Molly – ostatni członek zakonu, Remus Lupin stał w drzwiach wyjściowych. – i przepraszam za tą awanture, ja wcale nie….
- Wiem Remusie- przerwała mu i uśmiechnęła się radośnie. W oczach wilkołaka widać było wdzięczność za to, że nie musiał się tłumaczyć. Zamyślił się.
- Hmmm…. Molly, a co byś powiedziała na zaproszenie do nas na herbatę?
- Oh, naprawdę bardzo bym chciała, ale to trochę daleko….
- Zawsze możesz zostać u nas na noc, no, odpoczniesz sobie trochę, a przecież Fred i George są pełnoletni – powiedział puszczając oczko do przyjaciółki. Bardzo chciał wynagrodzić Molly swoje dzisiejsze zachowanie.
- Pełnoletni może są fizycznie, ale na pewno nie psychicznie – powiedziała pani Weasley, a w jej głosie brzmiała nutka goryczy, pomieszana z radością. Podjęła decyzje. – No ale cóż, to będzie dla nich próba – uśmiechnęła się.
- To zapraszamy jutro wieczorem – rzekł wilkołak, i wyszedł.  

                                                                         *** 

Obiecałam to macie ;3 Miał być trochę dłuższy, ale chciałam już dzisiaj dodać. Dobranoc <3


sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 13

Rozdział 13 „I co?! Sobie tak nagle przypomniałeś że istniejemy, tak? Po TRZECH latach!”


Pustka. To jedyne co poczuł Ron. Nie ma ich taty. Już nigdy Nie będzie. Rudzielec szybko pobiegł do pokoju ignorując zdziwione spojrzenie Ginny i trzasnął drzwiami od swojej sypialni. Opadł bezwładnie na łóżko i…. i się rozpłakał. Ne mógł przyjąć do wiadomości tego, że jego tata Nie przyjdzie zaraz z pracy. Nie usiądzie na starym fotelu. Nie zacznie zanudzać ich opowiadaniami o mugolskich wynalazkach. Tak już Nie będzie. Ani dzisiaj. Ani Jutro. Ani za miesiąc. To wszystko zniknęło. Nagle usłyszał pukanie do drzwi.
- Nie wchodzić! – burknął ponuro ocierając oczy. Jednak ten ktoś za drzwiami Nie bardzo liczył się ze zdaniem Rona, a pukał tylko z grzeczności. George. Był do siebie zupełnie niepodobny. Twarz miał bladą. Oczy zaczerwienione. Wszyscy zaczynali przybierać twarz pani Weasley, którą zastali na dole.
- Jak… jak się czujesz? – zapytał niepewnie bliźniak i opadł na łóżko obok Rona.
- Tak jak się czują ludzie po stracie ukochanej osoby. – powiedział na jednym wydechu. George usiadł.
- Ron, jeszcze nic Nie wiadomo…
- George! Tatę porwali śmierciożercy, to Nie jest wystarczający dowód?!
- Nie jest! – bliźniak wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami. Wiedział, że gdy jest taka sytuacja to Nie powinni się spierać, ale miał takie przeczucie. Może i to zabrzmiało by infantylnie, ale ma przeczucie że tata żyje. Że śmierciożercy zaplanowali to wszystko tylko po to aby ich wabić w sidła Voldemorta. „I dobrze!” – pomyślał. Nie przypadkiem wszyscy Weasleyowie są w Gryffindorze. Jeżeli będzie trzeba to będą walczyć, nawet o samą zemste.

                                                                                  ***

- Ginny Nie płacz – powtarzała wciąż Hermiona, tuląc swoją przyjaciółkę. Nie dziwiła jej się. Sama by rozpaczała, gdyby któryś z jej rodziców…. Odszedł. Tym bardziej że bardzo lubiła pana Weasleya. Łza zakręciła jej się w oku. Który raz już dzisiaj płakała? Nawet Nie potrafiła zliczyć. Ginny w końcu odkleiła się od szatynki i spojrzała na nią niestabilnie.
- Her… Hermiona?
- Tak słonko? – odpowiedziała trzymając za rękę przyjaciółkę. W każdej minucie chciała ją wspierać najmocniej, jak tylko potrafiła.
- możemy o tym Nie gadać aż do wyjaśnienia sprawy? – jej głos drżał, a z rozmazanych oczu popłynęły kolejne łzy. Hermiona nawet Nie zdołała się na odpowiedź. Po prostu skinęła lekko głową i resztę po południa przesiedziały w milczeniu i rozpakowywaniu się.
Następny dzień był okropny. W norze panowała grobowa atmosfera, a wszyscy mówili do siebie jedynie służbowo. Posiłki pani Weasley Nie były już tak smaczne jak zawsze, a przynajmniej wszystkim się tak wydawało, przez podły humor. Hermiona cały dzień spędziła na czytaniu książek, a o ósmej wieczorem przyszła do niej paczka z potrzebnymi rzeczami od rodziców. Był mały problem z mugolską pocztą, ponieważ pani Weasley Nie wiedziała jak się zachować gdy listonosz dawał jej do podpisania potwierdzenie - "Artur by wiedział" węstchnęła smętnie i po tych komplikacjach już wszystko było…. Tak jak wcześniej, żeby Nie powiedzieć dobrze. Ginny przez większość czasu nawijała o quidittchu, by Nie myśleć o tragedii rodzinnej.
- Hermiona, przeleciałabyś się ze mną dookoła podwórka? – zapytała ją na następny dzień trzymając swoją w miarę szybką miotłę, i jakąś starą Zamiataczkę 1993 ze strychu.
- eeh, no dobra – Hermiona nigdy Nie zgadzała się na takie „przelotki”, ale wiedząc jaka jest sytuacja tym razem postanowiła poświęcić się dla niej. Gdy była już cała umazana w błocie przez swoją słabą równowagę, doszli do nich chłopcy ze swoimi miotłami. Hermiona pierwszy raz uczestniczyła w jakimkolwiek meczu quidittcha. Jedynym plusem było to, że upadki szatynki były tak zabawne, że nawet Ron, który najbardziej wszystko przeżywał raz się zaśmiał.
Kolejne dni były niemalże takie same, a ta ponura rutyna zaczęła stanowczo doprowadzać Hermione do szaleństwa. Jej rozmyślania o Fredzie, były coraz częstsze, tym bardziej że chłopak znikał gdzieś na cały dzień, a w kładł się spać dopiero po północy. Chyba tylko ona wiedziała, że chłopak nocami przesiaduje na ławce za norą z butelką piwa kremowego. Zauważyła go w trzecią noc od przyjazdu do nory, gdy patrzyła przez okno na gwiazdy. Przez kolejne dni nic się Nie zmieniało. Hermiona trwała przez to w amoku. Gdy zrozpaczona siedziała w ogrodzie rozwiązując mugolską krzyżówkę którą wysłali jej rodzice, coś zaszeleściło w głębi lasu. Natychmiast wstała przestraszona, że to kolejny atak śmierciożerców na rodzinę Weasleyów i podnosząc różdżkę kierowała się powoli do przodu. Szelesty były coraz głośniejsze i głośniejsze. Nagle zza krzaków wyłoniła się czarna postać w kapturze. „Śmierciożerca!” – pomyślała.
- Rictusempra! – krzyknęła w stronę przeciwnika, który osunął się z własnych nóg i padł na pożółkłą trawę. Gdy Hermiona szła ostrożnie do śmierciożercy, zdołał on odzyskać przytomność. Kiedy powoli wstawał Hermiona już chciała krzyknąć kolejne zaklęcie. Napastnik podniósł ręce na znak że się poddaje, a kaptur zsunął mu się z twarzy. Hermiona stanęła jak wryta a jej policzki poczerwieniała ze wstydu.
- Pe.. Percy? – powiedziała speszona patrząc na przerażony wzrok trzeciego potomka Weasleyów.
- Uff, myślałem że zapomniałaś jak wyglądam, witaj Hermiono – powiedział pogodnie, a w jego głosie Nie było ani grama złości. Szatynka nagle przypomniała sobie drugą noc w Norze, kiedy to pani Weasley trąbiła im cały dzień o środkach ostrożności. Hermiona wzdrygnęła się na tę myśl i gwałtownie wycelowała różdżką w jego twarz.
- Nie tak szybko! Skąd mam wiedzieć że jesteś prawdziwym Percy’m?
- Eee.... zapewniam cię że to moja tożsamość – rzekł uprzejmie Weasley. Jego ton chcąc Nie chcąc brzmiał bardzo sztucznie i marketingowo. Cóż, te lata w ministerstwie wdały mu się we znaki.
- Udowodnij!
- Ale jak? – Hermiona zamyśliła się. „Co by wiedział tylko prawdziwy Percy?”. Odpowiedź przyszła błyskawicznie.
- Dwa lata temu, w dziurawym kotle, na co Fred i George zmienili napis na twojej plakietce prefekta naczelnego?! – zapytała niecierpliwie. To dziwne, ale czuła się jak jakiś detektyw próbujący dowieść czegoś o Percy’m. Chłopakowi pociemniały policzki.
- Pref… prefekt b.. ez….czelny – bąknął szybko przypominając sobie ten żenujący kawał. Wściekł się wtedy Nie na żarty. Hermiona opuściła różdżkę i uścisnęła serdecznie Percy’ego.
- Boże Percy, jak cię dawno Nie widziałam – powiedziała przyjacielsko i go puściła. Hermiona nagle posmutniała. „On jeszcze Nie wie” – pomyślała. Sądząc po jego minie i uśmiechu na twarzy, pewnie jeszcze się Nie dowiedział o tragicznej śmierci swojego taty. Jednak postanowiła że ona mu o tym Nie powie. Nie wypada. Wolała żeby to była pani Weasley.
- Co cię sprowadza? – zapytała uśmiechając się ponownie.
- Wkrótce się dowiesz, a teraz powiedz mi jedno, mama jest w domu? – Hermiona skinęła lekko głową i bez słowa ruszyli do środka.

                                                                                    ***

- Percy!? – pani Weasley uśmiechnęła się Chyba pierwszy raz od ich przyjazdu. Podeszła żwawo do trzeciego syna i wyściskała go matczynie. Po chwili na dół zeszła Ginny podzielając entuzjazm swojej mamy. Ron i George także o dziwo Nie omieszkali bratu czułości. Przynajmniej przez pięć minut Hermiona poczuła się jak w Norze. Prawdziwej Norze.
- Mam dla was dobre wieści! – krzyknął radośnie i rozsiadł się na kanapie. Jego mina odzwierciedlała uczucie wypełnienia. Jakby siedzenie na tej sofie było brakującą częścią jego, którą stracił przez te lata. Ginny usiadła po turecku na włochatym dywanie przyglądając się bratu z zaciekawioną miną. Po chwili wszyscy w salonie wyczekiwali nowiny Percy’ego.
- No właśnie… - przypomniał sobie George, a mina mu posmutniała – Percy…. Tata… on….
- Tak wiem! – krzyknął uradowany. Ku zdziwieniu innym uśmiechnął się ochoczo do brata.
- Tata żyje! Możemy go uratować! – dodał po chwili, a pani Weasley pisnęła ze szczęścia. Łzy pojawiły się w jej oczach. Hermiona dopiero teraz zauważyła jaką miłością kobieta  darzyła swojego męża.
- Mówiłem wam! – krzyknął zadowolony George wstając z fotela. Ron przytaknął lekko, waląc go pieszczotliwie w ramie. Całą rodzinę wypełniała radość. Prawie całą.
- A ty czego tu chcesz? – odezwał się ponury głos dochodzący ze schodów. Hermiona odwróciła się. Stał tam Fred. Wyglądał przerażająco. Blady jak ściana, cienie pod oczami, i rozczochrane włosy. Jego pełen nienawiści wzrok był skierowany na najstarszego w otoczeniu brata.
- Fred! Jak cię miło widzieć! – zignorował niemiłe przywitanie rudzielca.
- Nie sądzę żeby cokolwiek związane z tobą było miłe!
- Bracie, co ty mówisz? – Percy spojrzał na niego zdziwiony. Wszyscy dookoła milczeli.
- Zapytaj Knota, będzie wiedział najlepiej!
- Rzuciłem to. Wróciłem do was. – pani Weasley wydała z siebie zduszony okrzyk i pogłaskała syna po plecach. Mina Freda nadal była pełna antagonizmu.
- I co?! Sobie tak nagle przypomniałeś że istniejemy, tak? Po TRZECH latach!
- Fred…. – odezwała się cicho pani Weasley. Nie słuchał jej.
- Tata żyje! Zaciekawisz się tym, czy nadal będziesz zgrywać fochnisie!?
- A co ciebie to nagle obchodzi!?
-Ja w odróżnieniu do ciebie interesuje się sprawami rodzinnymi!
- CO!? – Fred gwałtownie podszedł do Percy’ego i stanął z nim twarzą w twarz.
- Ginny ma w jedenastego sierpnia urodziny, pamiętałeś o tym?! Wiedziałeś w ogóle co wszyscy szykujemy?!
- Ale…
- Boże Narodzenie – przerwał mu umyślnie – wiedziałeś że tata został ranny? Że wąż go pogryzł!?
- Ja… Nie….
- Imieniny mamy! Napisałeś chociaż głupią kartkę!? Nie przyszło ci do głowy żeby do kogokolwiek z nas napisać cholerne „Hej! Jak się masz?”!? – Percy milczał najwyraźniej zawstydzony. Wiedział, że w słowach Freda wyraźnie brzmiała prawda. Nie raz siedząc w swoim biurze rozmyślał, czy odezwać się do rodziny. Czasami nawet zaczynał pisać, lecz jak na złość coś mu wyskakiwało. Czuł się okropnie.
- Więc mi Nie mów że obchodzą sprawy rodzinne, bo tak naprawdę to obchodzi cię tylko własna, wyrachowana dupa! – Percy gwałtownie złapał Freda za ubrania w akcie złości. Ginny i Hermiona pisnęły z przerażenia i odskoczyły od nich. Bracia zaczęli się tłuc jak za dawnych czasów. Najgorsze w tym było jednak to, że ta bitwa była poważniejsza, niż stare potyczki pod najmniejszym pretekstem. Pani Weasley nerwowo wykrzykiwała, lecz nic do nich Nie docierało. George i Ron stali jak wryci. Zawsze korzystając z okazji dołączali do bójki, nawet jak Nie wiedzieli o co chodzi. Jak to chłopcy. Tym razem jednak to Nie byli pewni czy rzucając się na nich z pięściami wyjdą z tego cało.
- Ej, dołączamy? – zapytał po cichu Ron, kierując głowę w stronę brata.
- No Nie wiem, możemy nieźle dostać, to jest prawdziwe starcie tytanów.
- Aaa…. Czyli tchórzysz? – zapytał rudzielec, uśmiechając się pogardliwie.
- Chyba śnisz! – krzyknął już na głos George, i popchnął Rona na plecy Freda, po czym sam rzucił się na barki Percy’ego waląc go na oślep.
- GEORGE! RON! OSZALELIŚCIE!? – krzyczała pani Weasley podnosząc ręce do góry. Ginny i Hermiona nadal przyglądały się przerażone tej walce. Ktoś krzyknął i zauważyli Rona z zakrwawionym nosem. George widząc to, zaczął się niepohamowanie śmiać, lecz najmłodszy brat skoczył na niego, co spowodowało że obydwoje runęli na resztę. Teraz Nie można było już poznać które ręce ciągnęły Freda za włosy, czy biły Percy’ego po brzuchu.
- Ginny, oni się pozabijają, jeżeli nic Nie zrobimy! – szepnęła przerażona Hermiona. Ruda skinęła nerwowo głową i wyglądnęła zza fotela. Pokój wypełnił ogromny huk. George strącił wazon ze stołu który rozpadł się na kilkadziesiąt części, z których jedna zraniła by Ginny, gdyby się Nie schyliła.
- Oni niech się zabijają, ja jestem za ładna by umierać! – powiedziała pędem i obydwie pognały w stronę schodów. Zwolniły tempo dopiero w pokoju rudej, ponieważ po drodze usłyszały jeszcze jeden odgłos tłuczonego szkła. Opadły na łóżko Hermiony.
- Nie wiem jak ty, ale ja się boje o nich – stwierdziła przestraszona szatynka i spojrzała przestraszonym wzrokiem na przyjaciółkę. Ta się jednak tylko uśmiechnęła.
- Daj spokój, oni się tłuką na okrągło, żadna nowość – próbowała ją uspokoić.
- No dobra, ale tam lata szkło, Gin!
- Pff – prychnęła Weasleyówna – to jeszcze nic! Dwa lata temu Fred jednym ruchem połamał rękę Ronowi, i to przez jakąś straszliwą głupotę…. – Hermiona wytrzeszczyła oczy z przerażenia. „Fred połamał mu rękę?!” pomyślała. Chociaż widziała jego dzisiejszą pokazówkę, to Nie spodziewałaby się czegoś takiego po nim. To był przecież Fred. Jej Freddie… „STOP” powiedziała w myślach. Tydzień temu zaproponowała mu przyjaźń, a teraz ma być jej…. Jej kimkolwiek oprócz przyjacielem?
- Ej – Ginny zwróciła się do przyjaciółki, lecz ta milczała – Miona!
- Co? – zapytała zdezorientowana, i wyrwana z rozmyślań.
- Co dla mnie zaplanowaliście na urodziny?
- Ginny! – krzyknęła zbulwersowana Hermiona i skarciła ją spojrzeniem.
- No ok, rozumiem że to niespodzianka, ale…
- Nie o to chodzi! – przerwała jej – Jak ty możesz myśleć o czymś tak irrelewantnym, kiedy oni się tam biją!
- irrelewant – czym?! – zapytała Ginny z niezrozumiałą miną. Po chwili obydwie nastolatki zaczęły się śmiać. Reszta rozmowy przebiegła im luźno, a do tego krzyki i huki z dołu ucichły, co jeszcze bardziej uspokoiło szatynkę. Wreszcie zmęczone czarodziejki, niezauważalnie mówiły coraz ciszej… coraz wolniej…. Aż nastała między nimi totalna cisza. Zasnęły.

***

- SZLABAN! – krzyknęła pani Weasley z palcem wskazującym na Freda. Gdyby Nie jego bliźniak, i najmłodszy brat prawdopodobnie do teraz trwała by walka. Mianowicie George i Ron uznawszy że ta bójka wystaje poza normę, ogromnym wysiłkiem odciągnęli Freda od Percy’ego. Cała czwórka siedziała teraz na kanapie, z pokornymi minami.
- Dla każdego z was, wy wandale! – mama zmierzyła każdego siarczystym wzrokiem. – Bić się wam zachciało!? Myślałam że już z tego wyrośliście!
- Mamo, wylu…
- MILCZEĆ! – przerwała Georgowi. – Na początek ty i Ron! Co wy sobie wyobrażacie!? Nie dość, że tamci sobie do gardeł skaczą, to jeszcze wy młodzi gniewni! – Ron zaśmiał się cicho pod nosem, a pani Weasley momentalnie zwróciła wzrok na niego.
- To ciebie bawi, Ronaldzie!? Proszę bardzo! Właśnie pogorszyłeś sobie reprymendę, która i tak już jest sroga!
- Ale!...
- ŻADNEGO ALE NIE WYRAZIŁAM SIĘ JASNO ŻE MASZ MILCZEĆ! – po krzyku Molly, nastała grobowa cisza. Nikt Nie śmiał się odezwać.
- A więc tak, George i Ron mają odmalować balkon na trzecim piętrze. – uśmiechnęła się do nich złośliwie – bez użycia magii.
- CO!? – wzburzyli się bracia.
- A co!? Umiecie się tłuc bez magii, to taka błahostka Nie powinna wam sprawić problemu! – kobieta założyła triumfalnie rękę na rękę i spojrzała na ich poranione i załamane twarze. Obaj chłopcy bez słowa ruszyli w kierunku drzwi wyjściowych, kierując się do szopy z narzędziami.
- Zawiodłam się na tobie Percy – powiedziała tonem pełnym wyrzutów – żeby problem rozwiązywać pięściami? Nie spodziewałam się tego po tobie. Jednak jesteś już pełnoletni, więc Nie mogę ciebie karać, choć mam nadzieję że zastanowisz się nad swoim zachowaniem – Percy ze skruszoną miną kiwną głową. Pierwszy raz prawie dostał szlaban. Wcześniej zachowywał się perfekcyjnie, więc nigdy Nie dawał rodzicom powodów do karania.
- A ty Fredryku, masz ostro przechlapane! Zero quidittcha przez miesiąc! Proszę mi przynieść swoją miotłę!
- Chwila! Przecież ja też jestem pełnoletni! – oburzył się bliźniak trzymający się do tej pory kruczowo za krwawiące przedramię.
- DOPÓKI MIESZKASZ POD MOIM DACHEM BĘDZIESZ KARANY! – Fred zrobił naburmuszoną minę. Pani Weasley ujrzała jego ranę, do tej pory zakrywaną ręką.
- Merlinie, to wygląda zbyt poważnie żeby się samo goiło, weź bezoar, Chyba jeden jest w pokoju Ginny.

                                                                      <3 <3 <3

tak! Tak! TAK! Jest rozdział! <3 Wczoraj mój komputer został naprawiony, i pierwsze co zrobiłam to skopiowałam na pendrive'a całe opowiadanie. Miłego czytania, i dziękuje Julie Malfoy za pomoc! ;3

piątek, 20 września 2013

Moje zmiany :)

Już dawno chciałam to zrobić, ale ciągle zapominałam ^^ Mianowicie chodzi mi o zmiany, które zaistniały w moim parringu. Czyli rzeczy których nie ma w książce, lub są, ale zupełnie inne. Zaczynam:

1. Hermiona ma prawie 16 lat, więc Fred powinien mieć 18. Jednak zmieniłam to i chłopak ma obecnie jest siedemnastolatkiem :)
2. Syriusz Black żyje! <3
3. Uczniowie Hogwartu kończą szkołę później niż w książce. Jeszcze nie wiem o ile później, więc nie czepiajcie się jeżeli w wieku 18 lat Fred nadal będzie w magicznej szkole ^^
4. To Hermiona zaczęła nazywać bliźniaka Freddie, bo uważam że tak jest bardziej uroczo ;3
5. Ginny jest tylko o kilka miesięcy młodsza od Hermiony, dlatego też stosuję często zwrot "młodsza gryfonka powiedziała (...)" Są na tym samym roku.
6. Ginny i Hermiona mieszkają razem w dormitorium wraz z Parvati i Lavender.
7. Luna też jest w wieku rudej, ale to akurat drobiazg ;)
8. Nie zgłębiałam życiorysu owej Ciotki Tessy występującej we wcześniejszych rozdziałach, więc jeżeli się okaże że miejsce jej zamieszkania jest inne niż w książce (oraz inne zmiany) to nie miejcie mi tego za złe :) P.S. Jeżeli nie pamiętacie tej kobiety, obejrzyjcie sobie Czarę Ognia, moment w którym Ron przymierza szatę wyjściową xD
 9. Luna Lovegood mieszka niedaleko Nory.
 10. Wszystkie przygody z dzieciństwa bohaterów są wymyślone przeze mnie, chociaż manualnie mogłam jakoś wpleść którąś z prawdziwych zdarzeń w książce.

Dobra, to Chyba tyle. Jak mi się jeszcze coś przypomni to będę dodawała do tego postu kolejne punkty, więc jeżeli coś w opowiadaniu wyda się wam niejasne najpierw sprawdźcie czy w tej notce Nie ma mojej zmiany na ten temat.
~Wasza Meggie ♥

niedziela, 15 września 2013

Rozdział 12



Rozdział 12 „Chce być przyjaciółmi? No to jej pokaże jak przyjaźni się Fred Weasley”

- Ooo! Weasleyowie! No was to się Nie spodziewałam! Wejdźcie, wejdźcie. – Ciotka Tessy zaprosiła ich gestem do środka odgradzając drogę. Jej głos był bardzo podobny do głosu Molly Weasley, a spod komicznie wyglądającego beretu wystały małe, rude loczki, jak to na Weasleya przystało.
- A kim jest ta młoda dama? – kobieta obdarowała Hermione promiennym uśmiechem, na co ta tylko nieśmiało bąknęła „Dzień Dobry”
- To jest Hermiona Granger – powiedziała Ginny podchodząc do szatynki. Stara czarownica przyłożyła palec do wargi.
- Granger… coś Nie kojarzę tego nazwiska, mieszkasz gdzieś za granicą kwiatuszku?
- Niee, ciociu, bo tak się składa że Hermiony rodzice są…
- Są mugolami – szatynka dokończyła za Ginny. Ciotka Tessy uśmiechnęła się jeszcze szczerzej i machnęła ręką.
- Aaaa, to wszystko wyjaśnia! Hmm… No tak! Znam przecież Grangerów! Spotkałam ich cztery lata temu na pokątnej! Ojej, wtedy byłyście jeszcze takie niziutkie moje słoneczka – kobieta przyłożyła rękę do swojego przedramienia ukazując szacowany wzrost nastolatek. Hermiona uśmiechnęła się serdecznie do niej. „U Weasleyów to Chyba jest rodzinne że są mili nawet dla dzieci z rodziny mugolskiej”  - pomyślała.
- Powiem ci skarbie, że gdybym Nie wiedziała, to bym w życiu! Jak boga kocham! W życiu bym Nie powiedziała że Nie są czarodziejami! – Ciotka Tessy pogłaskała szatynkę pieszczotliwie po głowie. Po kilku sekundach pomaszerowała chwiejnym krokiem w kierunku małego saloniku. Gryfonki poszły za nią i po chwili znalazły się w przytulnym pomieszczeniu z różowymi ścianami i wiktoriańskimi wzorami na meblach. Na uroczej kanapie zauważyła Freda i Georga próbującego wcisnąć ukradkiem Krwotoczka Truskawkowego siwiejącemu już kotu Ciotki Tessy. Ron siedział na podrapanym fotelu obok kanapy, a w ręku trzymał jakąś ramkę. Po jego minie widać było że Nie bawi się równie dobrze jak bracia. Staruszka podeszła do niego i spojrzała na zdjęcie.
- Widzę Ronaldzie, że spodobało ci się to zdjęcie, co? To jestem ja i wujek Harold podczas…
- TO JEST MOJA SZATA WYJŚCIOWA!? – przerwał jej krzykiem. Ginny i Hermiona też spojrzały zaciekawione na to zdjęcie. Rzeczywiście, pan Harold Weasley miał na sobie tę samą szatę wyjściową, którą na czwartym roku musiał założyć Ron podczas balu bożonarodzeniowego. Ciotka chciała coś powiedzieć, lecz Hermiona była szybsza.
- Ee.. Mogę skorzystać z toalety?
- Oh, Taak, naturalnie, w lewo, trzecie drzwi z dębu – szatynka skinęła głową i powędrowała wzdłuż wyznaczonej trasy. Po drodze mijała pełno ruchomych fotografii na których to tańczyli dorośli, to dzieci uśmiechały się, lub płakały, nawet na jednym zdjęciu czarownica poznała młodą panią Weasley trzymającą w objęciach małego Billa. Zaśmiała się duchu i poszła dalej.
  W łazience umyła ręce i poprawiła nieco fryzurę. Tak, nadal wyglądała ładnie. „Fred też to przyznał” – pomyślała. Po chwili jednak skarciła się za tą myśl. Nie chciała przejmować się nim, dopóki on jej Nie przeprosi. „Za co ma cię przeprosić?” – odezwał się głos w jej głowie, próbowała go Nie słuchać „Za to że chciał cię pocałować?”. Hermione przeszedł przyjemny dreszcz. Dziewczyna z lustra uśmiechnęła się do niej, a patrzyła na nią takim wzrokiem, jakim patrzyła na nią Ginny przy pierwszym pocałunku z Harrym. Szatynka przypomniała sobie jednak jego zachowanie w stosunku do Angeliny. Co to miało znaczyć? „Czas pokaże” – powiedziała sobie w myślach i szybko wyszła z łazienki. Kolejny raz szła przez korytarzyk pełen fotografii, lecz tym razem patrzyła na drugą stronę ściany. Gdy tak szła jedno zdjęcie tak przykuło jej uwagę że aż się zatrzymała. Na fotografii uśmiechało się dwoje czterolatków, tak samo ubranych, i niemalże o takich samych twarzach. Szatynka od razu ich poznała. W tle na małym łóżeczku leżał jeszcze jeden chłopczyk, o wiele młodszy od pierwszych. Jeden z bliźniaków podszedł do niego i dziwnym sposobem sprawił że zaczął płakać. Natomiast drugi bliźniak nadal stał przed obiektywem uśmiechając się i wymachując rękami. To było takie zabawne że Hermiona zaczęła się śmiać sama do siebie.
- Już od małego takie łobuzy – usłyszała miły głos za sobą. Odskoczyła przestraszona i przyłożyła rękę do klatki piersiowej.
- Oj, przestraszyłam cię? Przepraszam – powiedziała łagodnie ciotka Tessy przykładając jej rękę do ramienia. Hermiona uśmiechnęła się tylko i znowu spojrzała na fotografie.
- Nadal Nie umiem powiedzieć czy to Fred czy George – powiedziała kobieta wskazując palcem na czterolatka który teraz Nie dość że machał rękami, to jeszcze ruszał ustami, najprawdopodobniej coś śpiewając.
- To jest Fred, na pewno – Hermiona uśmiechnęła się ponownie, a wyraz twarzy ciotki Tessy wykazywał zdziwienie.
- Skąd… Skąd ty to wiesz?
- Przecież to widać, wszędzie poznam te jego zadziorne miny… i uśmiech – Przed jej twarzą momentalnie ukazał się obraz Freda. Tego Freda z łazienki Jęczącej Marty. Zarumienionego, opiekuńczego… i takiego ciepłego.
- Miej na niego oko – usłyszała za sobą jowialny głos starej czarownicy.
- Słucham?
- Dużo dziewczyn chciało by mieć go dla siebie – uśmiechnęła się do niej serdecznie – Nie daj go sobie zabrać – Hermiona już chciała przemówić tej Ciotce Tessy do rozsądku, lecz ta najnormalniej w świecie…. Sobie poszła. Jakby Nie liczyła na wyjaśnienia. Szatynka zrobiła się dzisiaj już po raz drugi purpurowa. „Co ona sobie myśli!? Zna mnie od góra dziesięciu minut i już śmie twierdzić takie rzeczy!?” – krzyczała do siebie w myśli, a jedna z jej rąk wyginała drugą. Zawsze tak robiła, gdy się denerwowała. Postanowiła jednak Nie robić jej sceny. Przecież jeszcze tylko góra piętnaście minut i opuści tą czarownice raz na zawsze. Poszła więc energicznie do salonu zastając tam niecodzienny widok. Rodzeństwo Weasleyów stało jeden za drugim przed kominkiem, a Ciotka obdarowywała ich popiołem o nienaturalnej barwie.
- I jeszcze garść dla ciebie! – krzyknęła podekscytowana kobieta wsypując jej do ręki proszek. Hermiona spojrzała krzywo i niezrozumiale na Ginny.
- Nie ma się czego bać Miona, rób to co my! – powiedziała jej przyjaciółka. Ciotka Tessy lekko popchnęła szatynkę do reszty nastolatków. Ostatni stał Fred.
- Oj Fredryku, obowiązują cię jakieś maniery? Przepuść tę miłą damę – powiedziała sztucznie staruszka. Fred obrócił się i spojrzał Hermionie prosto w oczy, po czym uśmiechnął się przesadnie.
- Och rzeczywiście, Nie pomyślałem – Hermiona słyszała w jego głosie kpinę i złość. Czyli nadal był na nią zły? A ta Ciotka Tessy? Czyżby specjalnie ich tak ustawiła Nie wiedzieć czemu?
- George, ty idziesz pierwszy, bo jesteś najstarszy – kobieta powiedziała to tak stanowczo, że nikt nie śmiał protestować. Bliźniak wszedł do dużego kominka. Wyglądało to przezabawnie z punktu widzenia Hermiony. Jednak jej oczy rozwarły się z przerażenia gdy chłopak z okrzykiem „NORA!” rzucił w dół pyłem i po chwili zapłonął żywym, lecz zielonym ogniem. Po kilku sekundach zniknął. Tak samo było z Ginny i Ronem. Przyszła kolej Hermiony. Stanęła niepewnie w brudnym kominku i rzucając popiołem chciała wykrzyknąć adres, jednak zakrztusiła się dymem i wydała z siebie dziwne jęki próbując wymówić „Nora”. Zakręciło jej się w głowie. Poczuła się tak, jakby jakaś potężna siła wessała ją do otworu w gigantycznej wannie. Wydawało jej się, że obraca się z przerażającą prędkością. Uszy napełnił jej ogłuszający ryk. Starała się mieć oczy otwarte, ale od wirowania zielonych płomieni zrobiło jej się niedobrze. Coś uderzyło ją w kolano, więc odruchowo przyłożyła do niego rękę, wciąż obracając się i obracając. Potem jakby ktoś zaczął ją lać zimną wodą. Przed oczami zauważyła rozmazany rząd mijających jej szybko kominków i pokojów. Mimo woli Hermiona zamknęła ponownie oczy, a potem… spadła twarzą na drewnianą posadzkę. Podniosła się szybko otrzepując z popiołu i sadzy. Przed jej oczami ukazało się wnętrze urodziwego mieszkanka. Poznała że to salon. Obeszła pomieszczenie dwa razy próbując zweryfikować jego właścicieli, lecz nic Nie przychodziło jej do głowy. Po chwili usłyszała śmiech. Kobiecy śmiech. Dochodził zza drewnianych drzwi po prawej stronie saloniku. Po kilku sekundach damskiego chichotu, odezwał się grubszy, męski głos.
- Jesteś pewna że już pojechali Brit? – powiedział nosowym tonem.
- Taak, o co się martwisz Damon? Przecież nas Nie nakryją, są zbyt tępi! – krzyknął znowu damski, teraz nieco zalotny głos.
- No to co robimy? – zapytał Damon. Szeptał. Wiedział dobrze co będą robili. Brit najwyraźniej Nie czekała na odpowiedź. Szatynka usłyszała ciche cmokanie i kroki. Chciała się gdzieś schować. Lecz było już za późno. Do pokoju wpadła wysoka brunetka, która od razu skojarzyła się Hermionie z Pancy Parkinson. Jej głos doskonale odzwierciedlał jej wygląd. Zaczepliwy, pociągający, momentami nieco zdzirowaty. Chłopak natomiast wyglądał jak z rodziny Weasleyów. Także wysoki, krzepki, a jego włosy płonęły czerwienią. Oboje otworzyli usta ze zdziwienia odklejając się od siebie, a ich oczy były wybałuszone na czarownice.
- Jaa… ja wszystko wyjaśnię, to przypadek, Nie jestem złodziejką, mam piętnaście lat, prawie szesnaście, ja niechcący…
- Ddd…Damon – w głosie Brit już Nie było słychać dawnej seksowności. Teraz był zlękniony i zdziwiony. Złapała swojego chłopaka za rękę. Nic Nie powiedział.
- Naprawdę, przepraszam, już sobie idę, Nie przeszkadzajcie sobie – Nie czekając na odpowiedź wybiegła drzwiami przez które kilka sekund temu weszli młodzi mugole. Bez problemu odnalazła duże, dębowe drzwi frontowe przez które uciekła na zewnątrz. Biegła ile sił w nogach, aby znaleźć się jak najdalej „miejsca zbrodni” przystanęła dopiero dobre pół kilometra od tego domu. Oparła ręce na kolanach próbując złapać oddech który straciła zapewnie kilka alejek wcześniej. Znajdowała się teraz w opustoszałym parku. Był tam plac zabaw, który Nie był używany Chyba od pierwszej klęski Voldemorta, stare, bezbarwne ławki, na których widniały przekleństwa i sprośnie rysunki. Hermiona szła dalej. Była zrezygnowana. Od początku czuła że to się źle skończy. Gdzie teraz była? Nie wiedziała. Na jej szczęście George wziął już jej kufer, więc udało jej się szybko uciec. A różczka!? Szybko pomacała przednią kieszeń. Poczuła wąskie uwypuklenie. „Przynajmniej mam różczkę” – pocieszała się. Z rozmyślań wyrwał ją czyjś głos.
- No patrz Steven, kogo my tu mamy – obróciła się. Ku niej zmierzał łysy nastolatek, najprawdopodobniej wstawiony, a już obok czarodziejki szedł inny, tym razem z tłustymi włosami opadającymi na twarz. Spojrzała w drugą stronę. Niebezpiecznie wyglądający kolesie mnożyli się. W jej stronę szło jeszcze z trzech zbirów z uśmiechami od ucha do ucha.
- Sorry chłopaki, spieszę się – powiedziała szybko i przyspieszyła kroku. Zanim się obejrzała była już otoczona. Stanęła jak wryta w miejscu, oczekując ze strachem dalszego scenariusza.
- Takie ślicznotki Nie powinny się spieszyć co Nie chłopaki? – zapytał tym razem zakapturzony młodzieniec, z podejrzanym głosem.
- Zostawcie mnie – powiedziała stanowczo. Otuchy dodawał jej podłużny ucisk w przedniej kieszeni.
- Proszę, proszę, jaka groźna –powiedział łysol oplatając sobie jej włos wokół palca – ile masz lat skarbie?
- Gówno cię to obchodzi, lepiej mnie zostaw, bo będziesz żałował. – Różdżka już czekała na nią w pogotowiu. Tak. Mogła w każdej chwili ich oszołomić. Nie mieli z nią żadnych szans. Żadnych.
- Ojojojoj, a myślałem że się zakumulujemy nieco – Zakapturzony był coraz bliżej. Wszyscy byli coraz bliżej – Takie laleczki Nie powinny się błąkać same po North Down Street – Hermiona poczuła falę ciepła. Już przynajmniej wiedziała na jakiej ulicy się znajduje. To jeszcze bardziej dodało jej otuchy. Cieszyła się jednak na próżno. Zanim się obejrzała gość z tłustymi włosami i łysol złapali ją za nadgarstki. Nie mogła już sięgnąć po różczkę. Była bezbronna.
- Zostawcie mnie, proszę – powiedziała już trochę Nie pewniej. Wiedziała że to Nie poskutkuje. Chciała po prostu zyskać na czasie. Może zdoła coś wymyślić?
- Oj, laleczko, chętnie byśmy cię puścili, ale byłaś dla nas taka Nie miła…. – łysol dotknął jej policzka. Hermiona machnęła głową, spychając jego rękę.
- Co? Nadal się Nie nauczyłaś słońce, że takie śliczne dziewczynki powinny być miłe? – syknął zdenerwowany chłopak z kapturem. Złapał ją siłą za brodę, i bezlitośnie skierował tak, żeby na niego patrzyła. „Cholera, musiałam akurat dzisiaj przechodzić tą przemianę!?” – obwiniała się dziewczyna.
- No to cię nauczymy – ryknął zakapturzony, i wymierzył Hermionie siarczystego policzka – to tak na dobry początek – szatynka nawet się Nie skrzywiła. Nie bez powodu trafiła do Gryffindoru. Postanowiła że Nie będzie ich błagała o litość, nawet jeżeli mają zamiar ją kroić na kawałki.
- A teraz grzecznie powiedź „przepraszam” – powiedział łysol. Spojrzała na niego z kpiną i… napluła mu prosto w twarz. „Teraz tylko czekać na kolejny cios” – pomyślała spokojnie. Pogodziła się już z tym że zostanie pobita. Jedyne co chciała to zachować swoją gryfońską dumę. Nie da im satysfakcji. Nagle poczuła przerażająco bolesne pociągniecie za włosy. Była na to przygotowana. Mimo okropnego bólu, jej twarz[pozostała Nie wzruszona. Pięść łysego już celowała w brzuch Hermiony….
- ZOSTAW JĄ! – usłyszeli donośny krzyk. Hermiona rozpoznała że był pełen nienawiści… Ale dobrej nienawiści. Przez nieuwagę zbirów zdołała się obrócić. Serce zabiło jej mocniej a ciało wypełniła fala ciepła. „To Ron! Biegnie mi pomóc!” – krzyczała do siebie w myślach.
Była taka szczęśliwa, zaraz obydwoje pokażą tym mugolom że z czarodziejami się Nie zaczyna, chociażby kosztem sprawy w Ministerstwie. Ruda postać była coraz bliżej. Hermione zaczęły ogarniać wątpliwości, „Czy to na pewno Ron?” pomyślała. Z każdym krokiem rudzielca stawał się wyższy, i bardziej umięśniony. Myślała że serce Nie może bić szybciej, ale się co do tego myliła.
- FRED! – krzyknęła na cały głos. To był on. Wiedziała to. Biegł jej na ratunek, czyli już Nie jest zły. Przeciwnie. To puszczone oczko przy Angelinie, i wielki uśmiech w domu ciotki Tessy,  było w pozytywnej mierze. Czyli nadal chce ją pocałować. Nadal to wszystko jest aktualne. Nagle poczuła że coś ją ciągnie do tyłu, i zanim się obejrzała była w objęciach łysola. Ściskał ją tak, że brakowało jej tchu. Fred w końcu dobiegł do nich. Pierwsze co zrobił to uderzył łysego, który puścił z bólu Hermione. Szatynka natychmiast przylgnęła do Freda, a ten objął ją jedną ręką.
- Jakie szczęście, twój chłoptaś był w pobliżu – powiedział zakapturzony. Wszyscy otoczyli ich jeszcze bardziej. – szkoda tylko że jest sam… a nas jest? Och… aż pięciu
- Nie martw się frajerze, jakoś dam radę – Fred przytulił jeszcze mocniej szatynkę i wyjął z kieszeni różdżkę, celując w twarz bandziorowi. Ku jego zdziwieniu napastnicy ryknęli śmiechem.
- Patrzcie jaki kozak! Chce nas pobić tym patykiem! – krzyknął chłopak z tłustymi włosami a inni niemalże dusili się ze śmiechu. „No tak, mugole!” – przypomniał sobie Fred. Jak on mógł zapomnieć że są w poza magicznym mieście? Schował szybko różdżkę. 
- I co cwaniaczku? Nadal chcesz walczyć o te swoją cizię? – zapytał zbir w kapturze – jest już nasza! – powiedział, i bezlitośnie pociągnął Hermione za rękę. Fred zareagował błyskawicznie. Całą nienawiść przeniósł na swoją pięść, a z pięści na twarz zakapturzonego. Zbir ryknął z bólu i osunął się na ziemię. Reszta bandy momentalnie przestała się śmiać i zastygła nieruchomo. Nikt Nie śmiał zadrzeć z Fredem Weasleyem. Po kilu sekundach zakapturzony wstał przykładając rękę w okolicy policzka. Był cały napuchnięty. Ze strachem w oczach  rzucił się do ucieczki, a reszta za nim. Już nic Nie zagrażało szatynce. Nie przy nim.
- Merlinie… nawet Nie wiem jak ci dziękować – Hermiona Nie ruszyła się z miejsca, ciągle tuląc chłopaka. Fred upewnił się że ci mugole uciekli, i ją puścił. 
- Idziemy – powiedział chłodno i  odszedł w głąb alejki. Czarownica pognała za nim.
- Czyli już…. Już się na mnie Nie złościsz? – zapytała udając niepewność. Tak naprawdę wiedziała że Nie. Uratował ją, to Nie wystarczy?
- Nie powiedziałem tego – jego beznamiętny ton trochę ją zaniepokoił. Lecz Nie dawała za wygraną.
- No to czemu mnie uratowałeś?
- Nie miałem wyjścia – szedł hardo, ani razu na nią Nie spoglądając.
- Nieprawda. – uśmiechnęła się w duchu – mogłeś mnie zostawić, ale tego Nie zrobiłeś!
- Słuchaj! – Fred obrócił się do niej i stanęli twarzą w twarz. – Nawet Parkinson bym pomógł, więc Nie czuj się wyjątkowa! Od jakiegoś czasu ubzdurałaś sobie że między nami coś jest, ale to Nie prawda! Rozumiesz!? W ogóle mnie Nie obchodzisz dziewczyno! – Hermionie łzy podeszły do oczu. Te słowa tak ją raniły.
- Wiesz co? Zastanów się trochę, bo to TY kilka godzin temu mówiłeś że jestem ładna!
- Ładna?! – krzyknął tak, jakby usłyszał to słowo pierwszy raz w życiu. Podszedł do niej i wziął do ręki jej włosy – Dziewczynko, te twoje brązowe loczki i słodkie oczka mogą być co najwyżej urocze! Ty Chyba nigdy Nie widziałaś na oczy ładnej dziewczyny na oczy! Ale ja tak! I ma na imię Angelina Johnson, a Nie Hermiona Granger! – szatynka spojrzała mu w oczy i pokręciła głową. To był zdecydowanie najgorszy dzień w jej życiu. Chciała żeby to był zwykły koszmar, jednak to była tylko jawa. Wszystko co było wypowiedziane i zrobione, stawało się prawdą.
- Nienawidzę cię – powiedziała spokojnie – jak ty w ogóle mogłeś to powiedzieć?! Nic dla ciebie Nie znaczę, tak?! Możesz sobie tak rozkochiwać każdą dziewczynę a potem po prostu nic Nie znaczy! – popchnęła go i poszła przodem. Z każdym krokiem jedna łza wylatywała jej z oka. Fred jednak ciągnął dalej.
- Bo to ty Tutaj jesteś poszkodowana, tak!? Lepiej idź i wyżal się Ronowi, przecież tak to lubisz! – Hermiona po raz kolejny obróciła się i obdarowała go lodowatym wzrokiem.
- JA WCALE NIE CHCĘ BYĆ Z RONEM, KIEDY TO W KÓŃCU ZROZUMIESZ!? – westchnęła opanowując złość – Zresztą podobno cię to Nie obchodzi!
- Dobra! Chcesz naprawdę wiedzieć wszystko?! – zapytał łapiąc ją za ramiona – JESTEŚ ŚLICZNA, A NIE ŁADNA I NIE ŻAŁUJE ŻADNEJ CHWILI W KTÓREJ NA MNIE KRZYCZAŁŚ, BIŁAŚ MNIE I SZANTAŻOWAŁŚ! ZADOWOLONA?
- a…ale…
- możesz się w końcu zamknąć!?
- ale co to ma do chole… - Nie zdążyła dokończyć zdania, bo Fred pociągnął ją do siebie i pocałował z taką namiętnością, że prawie upadła. Naturalnie to by się od niego odkleiła, i strzeliła mu z liścia, ale Nie potrafiła tego zrobić. Nie, gdy to ON ją całuje. Dotyk jego warg był tak kojący. Ich języki idealnie harmonizowały ze sobą, a wargi niemalże toczyły walkę o każde czucie. Nie dało się opisać słowami jakie emocje współgrały z tym pocałunkiem. wszelki ruch napojony był nieopisaną przyjemnością. Hermionie zaczęło brakować tchu więc z wielkim staraniem odkleiła się od Freda. Patrzyli sobie w oczy.
- Jaa… ttoo… to Nie powinno się zdarzyć… - zająknęła się i spojrzała w dół.
- ale…  
- To było… Niee, tak być Nie powinno – zająknęła się i chwiejnym krokiem ruszyła przed siebie. Zwariowała? Nie. Naprawdę on ją pocałował. Nie potrafiła zrozumieć czemu, ale kłóciła się sama ze sobą. Owszem, chciała żeby do tego w końcu doszło, ale na pewno Nie teraz. Nie kiedy on ją tak zranił.
- Hermiona! Zaczekaj! – usłyszała za sobą. To Nie był dobry moment. On Nie powinien robić tego teraz. Obróciła się niepewnie, a chłopak złapał ją delikatnie za rękę, a jego policzki poczerwieniały.
- Żałujesz? – zapytał niewyraźnie patrząc jej w oczy. To było jak dla niej za dużo.
- I co? Myślisz że jeden pocałunek i kilka miłych słów, a ja tak po prostu zapomnę o tym co powiedziałeś wcześniej?
- Noo… Chyba… no tak – bąknął i spuścił wzrok. Czuł że to co powiedział, jeszcze bardziej pogorszyło sprawę. Hermionie zaszkliły się oczy.
- Fred, ja Nie jestem skrzatem, żebyś mnie ranił, a ja i tak będę ci leciała w ramiona – łza popłynęła po jej twarzy. Rudzielec dotknął jej policzka.
- Hermiono, ja… przepraszam – szepnął. Ona jednak Nie kupowała tego. Jedno słowo Nie sprawi że mu wybaczy. To byłoby zbyt proste.
- Zostaw mnie w spokoju
- Jesteś tego pewna, tak? I to może ja jestem dziecinny?! Wiesz co? Ty po prostu Nie wiesz czego chcesz –Rudzielec puścił ją i przeczesał rękami włosy.
- Doskonale wiem czego chcę. – Kolejna łza popłynęła po jej policzku – chcę żebyśmy byli przyjaciółmi. I nic więcej. – Fred poczuł… Nie. Przeciwnie. Nic Nie poczuł. Cała energia i entuzjazm wyparowała z niego. Nigdy Nie sądził że słowa mogą tak boleć. Złapał ją szybko za rękę i w milczeniu deportowali się z powrotem do domu Ciotki Tessy. 

                                                              ***

- Ginny, spokojnie, oni zaraz wrócą – pocieszał siostrę George. Po powrocie do Nory Nie zastali mamy, a do tego jeszcze Fred i Hermiona się Nie pojawili. Rodzeństwo wrócili do domu swojej cioci z przekonaniem że oni dalej się tam znajdują, ale Nie zastali tu ani wysokiego rudzielca, ani drobnej szatynki. Ginny przeszła przez myśl wizja, że specjalnie to zrobili, bo chcieli zostać SAMI, jednak znała dobrze Hermione. Na pewno Nie zachowała by się w tak nieodpowiedzialny sposób.
- Ile trwa to zaraz!? – wędrowała w jedną i drugą stronę niemalże powstrzymując płacz. Nigdy Nie sądziła że będzie się tak martwić o Freda. Nawet czasami denerwowało ją, że to on jest nadopiekuńczy co do niej. Wszystkie złe scenariusze zaczęły układać jej się w głowie, gdy w głębi domu usłyszała znajome pyknięcie.
- TO ONI! – krzyknęła zbawiennie i pobiegła w stronę korytarza. Stali tam. Cali i zdrowi. Chociaż miny mieli nietęgie, to najważniejsze dla Ginny było to że w ogóle są. Pierwsze co to rzuciła się na szatynkę i przytuliła ją tak mocno jak jeszcze nigdy.
- Nigdy więcej tak Nie róbcie! Tak w ogóle to gdzie wy byliście?! – obrzuciła ich pytaniami najmłodsza Weasleyówna. Jednak żaden z nich Nie miał ochoty jej odpowiedzieć. Byli zbyt wstrząśnięci. Ginny zauważyła to po ich zachowaniach, jednak źle to zinterpretowała.
- Nie, Nie! Lepiej nic Nie mówcie, musicie odpocząć, i to jak najszybciej, George! Ron! Deportujemy się! – ruda podeszła do Georga i złapała go pod ramie. Ron zrobił to samo. Gdyby Fred Nie był w takim stanie, na pewno wymyślił by jakiś fajny żart na ten przezabawny widok. Jednak Nie teraz. Nie po tym co się stało. I znów bez jednego słowa, ani spojrzenia złapał Hermione i po chwili oboje poczuli znajome szarpnięcie w okolicach brzucha. Świat zaczął wirować w powietrzu, i po chwili znaleźli się nad jakimś jeziorem. Najpierw pojawili się George, Ron i Ginny, a dopiero po kilku sekundach Fred z Hermioną.
- Myślałam że chociaż jeden z was potrafi się dokładnie deportować w wyznaczone miejsce – powiedziała z wyrzutem ruda. George spojrzał na nią z pod byka.
- Ciesz się siostra, że w ogóle tu jesteś! Nawet Nie wiesz jak mnie korciło żeby cię „przez przypadek” puścić gdzieś w okolicach Doliny Godryka! – Ron zaśmiał się cicho, ale widząc spojrzenie młodszej siostry natychmiast zamilkł. Hermiona spojrzała w lewo. Z oddali dostrzegła przedziwny dom w nieformalnych kształtach. Nora.
- Dlaczego mi Nie powiedzieliście że tu niedaleko jest jezioro? – zapytała z lekkim oburzeniem. Przez tyle lat spędzała wakacje w Norze, i dopiero teraz dowiedziała się o tak istotnej rzeczy. Fred pierwszy raz od pocałunku spojrzał na szatynkę. „Chce być przyjaciółmi? No to jej pokaże jak przyjaźni się Fred Weasley” – pomyślał.
- A co? Masz ochotę się popluskać? Nie ma problemu! – złapał dziewczynę w pasie i przerzucił ramię. Podszedł z nią do granicy gruntu z wodą i w końcu zareagował jej krzyki protestu.
- Proś o litość Granger! – krzyknął naśladując głos Malfoya. Hermiona wpadła w furie. Zaczęła go bić po plecach, i kopać w brzuch.
- Masz mnie natychmiast puścić, ty… ty wredny rudzielcu!
- Brzydko prosisz – powiedział spokojnie, i wrzucił ją do wody. Hermiona poczuła momentalną zmianę temperatury, a jej ubrania stały się dwa razy cięższe. Wilgoć ogarnęła jej całe ciało. Jedynym plusem w tej beznadziejnej sytuacji było to że woda była ciepła.
- Ty jesteś jakiś nienormalny Fred! Wszystko powiem mamie! – krzyknęła Ginny podchodząc do brata. W desperacji z całej siły kopnęła go w nogę.
- A tylko piśniesz słówko, to wylądujesz obok swojej przyjaciółeczki – Fred poczuł nagle pulsujący ból w miejscy gdzie przed chwilą znalazł się but młodszej siostry – Cholera, po kim ty masz taką siłę? – Hermiona powoli wygrzebała się z jeziora stosując zaklęcie osuszające. Fred obserwował każdy jej ruch. Czekał tylko na jej lodowate spojrzenie. Dlaczego to zrobił? Proste. Chciał żeby choć w połowie poczuła się tak potwornie jak on pół godziny temu. A poza tym… uwielbiał jak się złościła. Robiła to tak słodko… „PRZYJACIÓŁKA” skarcił się w myśli, i znowu wyczekiwał jej ataku szału. Hermiona obróciła się, i ku jego zdziwieniu, zamiast wybuchnąć w amoku ona po prostu…. Uśmiechnęła się do niego.
- Miła kąpiel? – zapytał złośliwie. „Dlaczego ona się nie denerwuje!?” pomyślał. Role się odwróciły, i to teraz on niemal kipiał ze złości. Oczywiście Nie okazywał tego. Nie da jej za wygraną.
- Bardzo – powiedziała łagodnie i rześko podeszła do Ginny, która także stała jak wryta.
- I ty… i ty nic, w ogóle Nie walniesz go ani Nie kopniesz?! – wydukała z siebie. Fred gdyby mógł, to by teraz jej podziękował na kolanach. Nie mógł zrozumieć, czemu ta dziewczyna nie jest wściekła. Powinna być wściekła! Jak ona śmie robić inaczej!?
- Nie, czemu? – Hermiona spojrzała niewinnie na przyjaciółkę. Nawet Rona i Georga zatkało.
- Jak to!? – Ginny zmierzyła Freda wzrokiem. Nie zasłużył sobie na to, żeby mu uszło wszystko na sucho.
- A po co mam sobie piłować język? Dzisiaj niech sobie odpocznie, to był męczący dzień – spojrzała znacząco na bliźniaka. Dobrze wiedział o co jej chodziło. – Jednak zapewniam cię Fred żebyś od teraz miał się na baczności, bo zadarłeś Nie z byle kim – powiedziała łagodnie i poszła kierując się do Nory. Ron i Ginny bez słowa ruszyli za nią. Tylko bliźniacy zostali.
- No stary, ja ci szczerze współczuje – George poklepał go po plecach i ruszył w ślady rodzeństwa. Fred został sam. Zaczął żałować że wywinął jej takie coś. Bał się. On, Fred Weasley. Bał się dziewczyny która się z nim całowała, a potem złamała mu serce.
                                                         ***

Reszta drogi przeszła przyjaciołom w wesołej atmosferze. Po jakimś czasie Fred ich dogonił, i niewykluczone że specjalnie zagadał się z George’em, Nie chcąc myśleć o Hermionie. Dwie czarodziejki i Ron zawzięcie dyskutowali o planach wakacyjnych wymyślając przeróżne czarodziejskie, jak i również mugolskie sposoby ich spędzania. Z rozmowy wybił ich próg Nory. Pospiesznie weszli do środka spodziewając się aromatu pieczonego kurczaka i sałatki ze świeżych warzyw. O dziwo zamiast tego wchodząc do środka zastali ciemność. Wszystkie światła były pogaszone. Weszli salonu.
- Ee… cześć mamo – powiedziała Ginny. Pani Weasley siedziała w salonie ze szklanką ognistej whiskey. To był zły omen. Piła tylko gdy działo się coś naprawdę złego. Jedynym marnym źródłem światła była mała świeczka umieszczona na stole przy którym siedziała stara czarodziejka. Nie wyglądała najlepiej. Na jej twarzy panował czysty smutek, a oczy miała podpuchnięte i zaczerwienione.
- Co się stało? – zapytał łagodnie Ron podchodząc do swojej mamy. Wyglądała niemalże jak śmierć.
- George, zabierz dziewczynki na górę – powiedziała zachrypniętym głosem. Bliźniak posłusznie złapał je za ręce i poprowadził wzdłuż schodów ignorując protesty młodszej siostry wyrywającej się za wszelką cenę. Gdy odprowadził je do pokoju skierował się w stronę schodów.
- George czekaj! – krzyknęła cicho Ginny. Chłopak odwrócił się do niej ze zmieszaną miną.
- Powiesz mi potem o co chodzi? – zapytała takim tonem, jakim nigdy Nie zwracała się do swoich braci. George zrobił zamyśloną minę.
- Ja Nie… ja… pierwszy raz Nie wiem co odpowiedzieć – powiedział spokojnie i zszedł powoli po schodach. Ginny zaklęła cicho i podeszła do balustrady schodów. Jak na złość ich pokój był zbyt wysoko by usłyszeć słaby głos swojej mamy. Stała tak długo aż  po chwili usłyszała zduszony krzyk Rona i bliźniaków jednocześnie mówiących „CO!?”. usłyszała kroki. Szybko uciekła do pokoju w którym siedziała Hermiona. Szatynka czuła się niezręcznie. Przecież Nie powinna przebywać Tutaj,  gdy dzieje się coś takiego. Z daleka ujrzała biegnącą sylwetkę Rona. Oczy zakrywał rękami. Najprawdopodobniej łkał. Ginny wybiegła z pokoju natykając się na Freda. Jego oczy wyglądały teraz tak samo jak oczy ich mamy.
- Fred co Tutaj się dzieje!? – krzyknęła poddenerowana – O co tu chodzi!? W ogóle gdzie jest tata!? – Fred przytulił ją. Bardzo rzadko to robił.
- Taty Nie ma siostrzyczko – odgarnął jej kilka włosów z czoła. Po jego policzku poleciała łza – I… już Chyba Nie będzie – dokończył.  

                                                                  <3 <3 <3 

Jak to pisałam to miałam łzy wo oczach. Tak. Jestem potworem. Ale dodającym regularnie rozdziały potworem ^^ Miłego czytania, i proszę o opinie! :*

sobota, 14 września 2013

Rozdział 11



Rozdział 11 „Ooo, Ginny, włączył ci się syndrom Molly?”

W wielkiej Sali wreszcie zapanował spokój i wszyscy uczniowie znowu siedzieli przy swoich stołach wyszukując przyjaciół. Tak też zrobili Harry, Ginny i George.
- Gdzie Hermiona?
- Gdzie Fred?
- Gdzie Ron? – zapytali wszyscy jednocześnie. Rzeczywiście, od akcji z  łajnobombą ta trójka gdzieś im zniknęła. Po skończonej uczcie dyrektor szkoły jak zwykle wyrecytował mowę pożegnalną, życząc im udanych wakacji, oraz przedstawił im nowych tegorocznych zdobywców Pucharu Domów którymi byli Krukoni. Ginny pospiesznie poszła do dormitorium. W środku zastała Hermione, która jak co roku gorączkowo sprawdzała czy Nie zapomniała jakiejś książki.
- Gdzie byłaś? – zapytała ruda chowając do kufra rolki pergaminu.
- Tutaj. – skłamała. Tym razem Nie miała ochoty powiedzieć Ginny o tej sytuacji. Była zbyt wstrząśnięta. Zapięła kufer na dwa spusty i poprawiła pościel na pustym łóżku.
- Ale czemu? – Ginny drążyła dalej.
- Po prostu Nie byłam już głodna, a i jeszcze musiałam coś sprawdzić.
- Eee… no dobra – powiedziała ruda i dalsze pakowanie spędziły w milczeniu.

                                                                ***
 Fred siedział na łóżku oparty o ścianę. Jego rude włosy były rozczochrane, a na twarzy gościł smutek. Dzisiejsza awantura wciąż zaprzątała mu głowę. Zresztą Nie tylko ona. Hermiona. Ciągle myślał tylko o tym jak się zachowała. Był na nią taki wściekły. Przecież ją znał, gdyby Nie było coś na rzeczy to od razu by przemówiła temu Ronowi do rozsądku. „Fred, czy ty jesteś zazdrosny?” odezwał się głos w jego głowie. „Tak! Może i jestem!” – odpowiedział sobie w myślach. Od pewnego czasu ta dziewczyna Nie była mu obojętna, to mógł powiedzieć spokojnie. Może i był zakochany, tego Nie wiedział na pewno… a przynajmniej Nie chciał przyjmować tej myśli. W tym momencie Nie chciał jej widzieć. Zraniła go. Myślał że jej zależy na nim. Całowała go. To Nie wystarczy?
- To koniec – powiedział cicho a jego oczy zapłonęły nienawiścią. Koniec z zaprzątaniem sobie głowy tą dziewczyną. Po co on ma się starać, i myśleć o niej jeżeli go Nie potrzebuje? Obiecał sobie że będzie dla niej obojętny. A może nawet pogodzi się z Angeliną? Te wszystkie pomysły przynajmniej tuszowały jego smutek. Po chwili do pokoju wszedł George. Pierwsze na co zwrócił uwagę była mina brata.
- Nie mam pytań – powiedział tylko. Znał go na tyle dobrze, by wiedzieć kiedy Nie chce o czymś gadać. Był przecież jego bliźniakiem. Fred uśmiechnął się słabo okazując wdzięczność i wstał z łóżka podnosząc kufer.
- Idziemy? – spytał ponuro. George tylko skinął głową i się obejrzał. Wszystko było puste. Chyba niczego Nie zapomnieli. Wyszli z dormitorium pozostawiając w samotności swoją hogwardzką sypialnie.  

                                                                  ***

Expres Hogwart przyjechał zadziwiająco szybko. Niektórzy uczniowie nawet się na niego spóźnili i wlecieli do pociągu jak petarda gdy maszyna wydała charakterystyczny dźwięk oznajmiający start podróży. Ginny, Hermiona, Harry i Ron szybko znaleźli wolny przedział ponieważ byli jednymi z pierwszych wchodzących do pojazdu. Gdy Hermiona wchodziła do przedziału czyjaś ręka ją zatrzymała. Obróciła się.
- możemy pogadać? – zapytał Ron niemalże błagalnym tonem. Szatynka położyła swój kufer na siedzeniu i spojrzała na przyjaciela.
- jasne – powiedziała uprzejmie i wyszła za rudzielcem. Stanęli na pustym korytarzu.
- Hermiona ja cię chciałem przeprosić, to było głupie, wiem, ale mnie poniosło, naprawdę! Jeżeli mi Nie wybaczysz to zrozumiem, bo zachowałem się jak najgorszy kretyn, i to co zrobiłem było okrutne i chamskie ale….
- Ron, spokojnie – przerwała mu szatynka i uśmiechnęła się do niego. To Nie był dobry moment na gniewanie się. Już za dużo osób było na nią złe. Nie miała ochoty tracić przez to przyjaciela.
- Ja… znaczy, wybaczasz mi?
- Taak, każdy popełnia błędy Ron, w porządku – Hermiona przytuliła przyjaciela. Chłopak oddał uścisk z jeszcze większym entuzjazmem. Szatynka zauważyła idącą z daleka grupkę, z której jedna osoba była podpierana przez drugą. Nie odkleiła się od Rona, chcąc przyjrzeć się im bez dziwnych podejrzeń. Gdy podeszli bliżej ich twarze były już wyraźne. Hermiona zamarła. Mianowicie rzekoma grupa składała się z Georga który gadał zawzięcie z Lee Jordanem, a obok niego szedł Fred obejmujący Angelinę która miała gips na nodze. Po minach czarnoskórej i rudzielca Hermiona uznała że świetnie się razem dogadują. To Nie było jednak jeszcze najgorsze. Gdy przechodzili obok Rona i szatynki Fred obrócił się do niej i puścił jej oczko. Hermiona momentalnie puściła rudzielca. Spojrzała się w tył. Widziała już tylko plecy gryfonów.
- Idziemy? – powiedziała pospiesznie kryjąc zaszklone oczy. Było jej przykro, lecz Nie chciała by ktoś to zauważył.
- Ta, jasne – odpowiedział rozmarzony Ron i obydwoje weszli do przedziału. Hermiona siadła przy samym oknie. I włożyła na uszy małe słuchawki podłączone do komórki którą miała w kieszeni. Jednak Nie puściła muzyki. Po prostu Nie miała ochoty rozmawiać z przyjaciółmi, a to był idealny pretekst. Zaczęły nachodzić ją smutne myśli. Co to niby miało znaczyć? Puścił jej oczko, okej, ale dlaczego jak szedł właśnie obejmując Angeline? To było dla niej potwornie smutne. Jeszcze kilka godzin temu się prawie pocałowali, a teraz on jej robi coś takiego. Łzy podeszły jej do oczu. „Te wszystkie momenty dla niego nic Nie znaczyły” – pomyślała Hermiona. Zareagowała jednak zbyt późno. Pojedyncza łza pociekła po jej policzku.
- Hermi, co ci jest? – zapytała zaniepokojona Ginny. Szatynka udawała że wyłącza muzykę.
- Eee… smutna piosenka – „Smutna piosenka?! Hermiono, stać cię na więcej” skarciła się w myśli. Z ubolewaniem czekała na reakcje rudej.
- No okej – powiedziała młodsza gryfonka i z powrotem przytuliła się do Harrego.
„Łyknęła to” pomyślała. Westchnęła z ulgą. Postanowiła jednak dalej się Nie smucić. Chwilę milczała rejestrując o czym dialogują jej przyjaciele, a po chwili dołączyła do rozmowy. Reszta drogi minęła jej w pogodnym nastroju. Przynajmniej na kilka godzin zapomniała o Fredzie.
 - Patrzcie, widzę King’s Cross! – powiedział Harry odsuwając się lekko od Ginny, na co ta zareagowała niezadowolonym pomrukiem. Po chwili słowa wybrańca się sprawdziły. Pociąg zatrzymał się gwałtownie i wszyscy poderwali się do góry. W przedziale zapanował chaos. Każdy chciał ściągnąć swój kufer. Gdy wreszcie atmosfera się trochę uspokoiła, przyjaciele wyszli z pociągu.
- Gdzie Fred i George? – zapytała Ginny rozglądając się gorączkowo. Po chwili usłyszeli charakterystyczne śmiechy bliźniaków którzy zmierzali ku nim z wesołymi minami.
- No to na razie chłopaki! – krzyknął Lee Jordan odchodząc z Angeliną.
- Pa George! – krzyknęła Angelina machając promiennie do rudzielców – Pa Fred! – Hermiona dałaby sobie odciąć rękę że ostatnie słowa dziewczyna po prostu wyćwierkała. Fred obejrzał się za siebie i wysłał czarnoskórej całusa, na co ta zachichotała cicho. George spojrzał ponuro na brata. Tak szybko zapomniał o Hermione? Fred na to tylko wzruszył ramionami i obydwaj podeszli do gromadki.
- Są wszyscy? – zapytała Ginny spoglądając na każdego po kolei.
- Ooo, Ginny, włączył ci się syndrom Molly? – zażartował Fred, za co został oblany morderczym spojrzeniem. Wszyscy wyszli na dworzec. Po ministerskim aucie pana Weasleya Nie było ani śladu.
- Gdzie jest tata? – zapytał Ron rozglądając się po parkingu.
- Ej, o co tu chodzi? Jak my wrócimy do domu? – Ginny zmartwiła się. Jednak odpowiedź przyszła w ekspresowym tempie. Ku nim poszybowała kruczoczarna sowa trzymająca jakąś kopertę w dziobie. Spoczęła na ziemi tuż przed nogami młodej czarownicy.
- Au! Udziobała mnie! – krzyknęła ruda i machinalnie zaczęła ssać zraniony palec.
- A tak w ogóle to co to za sowa? – zapytał George przyglądając się nieznajomemu ptakowi. Miała ostry wyraz twarzy, niezbadane pióra, a jej pazury były bardziej podobne do jastrzębich niż sowich. Zanim się obejrzeli wypluła list i odleciała. Ginny dalej z palcem przy ustach podniosła wiadomość. Jej treść była krótka:

                         Nie dam rady po was przyjechać. Wymyślcie coś.

                                                                                                          Artur Weasley 


Ginny dwa razy obróciła pergamin w ręce. Tylko tyle? Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Ich tata nawet się Nie przejął ich powrotem. Chciała się odwrócić żeby oznajmić wszystkim o co chodzi, lecz gdy tylko odchyliła głowę zobaczyła że po jej prawej stronie niemalże Fred opiera się o jej ramię. Spojrzała w drugą. W identycznej pozycji stał George.
- I co? Od kogo to? – zapytał Ron który jako jedyny nic Nie wiedział.
- Ta.... Tata Nie przyjedzie po nas – zająknęła się Ginny, nadal zszokowana postępowaniem swojego rodzica.
- Pokaż mi to! – krzyknął rudzielec i Nie czekając na odpowiedź wyrwał list siostrze. Widać było jak jego oczy wędrują po linijkach. Coraz niżej, i niżej. A przy tym jego neutralna mina zmieniła się w grymas.
- Ale jak to? – zapytał patrząc na rodzeństwo zrezygnowany. W tym momencie ktoś niecierpliwie zatrąbił klaksonem samochodu. Wszyscy obrócili się gwałtownie, a ich oczom okazał się nieskazitelnie czysty pojazd Dursleyów a nim Dursleyowie z gniewnymi minami.
- To ja.. będę już leciał – powiedział pospiesznie Harry i pocałował namiętnie Ginny, której zarumieniły się policzki, a uśmiech z powrotem wparował na twarz – Do zobaczenia w sierpniu! – wybraniec pognał w kierunku wujostwa a jego kufer podźwiękiwał uderzając o twardą kostkę. Gdy wszedł do auta jego przyjaciele zauważyli jak pan Dursley oblewa go falami pretensji, a Harry na próżno się broni. Hermiona sprowadziła wszystkich na ziemię.
- Hej! Mamy ważniejsze sprawy niż obserwowanie jak ci mugole karcą Harrego! – krzyknęła i pomachała im ręką przed twarzami.
- Już mam! – zawołał George. – Polecimy!
- Jak to polecimy!? – zapytała pretensjonalnie zirytowana szatynka i oblała bliźniaka lodowatym spojrzeniem. Ten się nad nią nachylił. 
- A panna Wiem To Wszystko słyszała kiedyś o takim czymś jak miotły? – Hermiona zrobiła się purpurowa na twarzy. Już chciała wybuchnąć lecz jej głos stłumiła Ginny.
- ZWARIOWAŁEŚ!? Jesteś z nas najstarszy a mam dziwne wrażenie że najgłupszy! Jak ty zamierzasz polecieć jeżeli masz ciężki kufer na karku!? A i jeszcze zostaje nam Miona która Nie ma miotły! – ruda wymachiwała do niego rękami, a Hermiona tylko potakiwała energicznie machając głową. George demonstracyjnie podniósł ręce do piersi okazując klęskę.
- Masz jakiś lepszy pomysł Molly? – obronił brata Fred, na co ten zarechotał cicho. Ginny zdała się Nie przejąć docinkami.
- Tak, żebyś wiedział że mam! - młoda czarownica zmierzyła braci bliźniaków – tylko potrzebny będzie proszek Fiuu.
- Proszek Fuj? Co to takiego? – zapytała się zdezorientowana Hermiona. Wszyscy wybuchli śmiechem. Szatynka pociemniała na policzkach. Ona czegoś Nie wiedziała? Niemożliwe!
- Proszek Fiuu, nie słyszałaś o czymś takim? – zapytał Ron tłumiąc rozbawienie. Hermiona tylko pomachała przecząco głową. I spojrzała nieśmiało na rudzielca. Właściwie to skąd miała wiedzieć? Mieszkała w mugolskie rodzinie!
- Trochę nam się spieszy, mama się będzie martwić, później ci wyjaśnimy – odpowiedziała pospiesznie Ginny i poszła w stronę parkingu. Wszyscy pognali za nią ze zdziwionymi minami.
- Gdzie ty idziesz?! – zapytał zaskoczony Fred, dotrzymując kroku siostrze.
- No przecież musimy znaleźć jakiś kominek!
- Ee… no tak, ale skąd ty wiesz gdzie go znaleźć? – bliźniak nadal zbity z tropu spojrzał na nią pytająco. Ta przystanęła, wyraźnie zdenerwowana.
- Boże, czy ja mieszkam wśród debili? Ciotka Tessy mieszka niedaleko! Byliśmy u niej tysiąc razy i dam sobie rękę uciąć że ma kominek! – Przez dalszą drogę nikt już nic Nie powiedział.

                                                                 ***

Draco po powrocie do domu pierwsze co zrobił to było opadnięcie na kanapę z butelką piwa kremowego. „To był wyczerpujący dzień” – pomyślał. Miał w sumie racje. Rano wylał sok dyniowy na szatę, potem Pancy próbowała go rozebrać, a i jeszcze ta przedziwna akcja z Granger. Od kiedy to ona się go tak boi? Te dziwne sytuacje w ogóle nie nabierały sensu. Dzień wcześniej dowiedział się że tak się napił że aż podszedł do wierzby bijącej, a podobno uratował go… George Weasley. Już Chyba wolałby żeby to cholerne drzewo urwało mu nogi, niż być ratowany przez tego zdrajcę krwi. Ale to spadało na drugi plan. Najbardziej dziwiła go jednak ta Szlama. Co ona u licha sobie myślała? Że weźmie i będzie panikowała za każdym razem gdy na nią spojrzy? Tak, to prawda że ona już od dawna go intrygowała. Ale Nie było w tym ani procenta miłości. Co to, to Nie!  Po prostu był ciekawy co trzyma pod szatą, czy w ogóle warto jest ją przelecieć, jak to przy większej okazji by zrobił. Może i była ładna, ale brudna. Była tylko brudną szlamą, nad którą politował się Bóg i dał jej w miarę normalną gębę. Dracona zaczęły ogarniać wątpliwości. „A co jeżeli po pijaku wyznałem Blaise’owi co bym chciał zrobić z tą szlamą?” – pomyślał. Przecież ten pieprzony kretyn mógł jej o tym powiedzieć! Z myśli wyrwał go łagodny głos jego matki.
- Witaj Draconie, dlaczego mnie Nie poinformowałeś że już jesteś? – powiedziała i pogłaskała go po niemalże białych włosach.
- Bo musiałem odpocząć. – bąknął i upił łyk piwa. Matka spojrzała krzywo na butelkę. Jednak Nie śmiała zabronić mu spożywania alkoholu. Jeżeli Lucjusz Nie miał nic przeciwko temu, to ona też Nie ma. Tak było od zawsze. I tak będzie już zawsze. Jak na zawołanie do bogatego salonu wpadł Lucjusz Malfoy, z tą samą, ponurą miną, którą miał w domu gdzie nikt oprócz rodziny go nie widział. Uśmiechnął się spoglądając na swojego potomka.
- Synu, jak się cieszę że wróciłeś! – krzyknął i podszedł dyscyplinarnie do Dracona.
- Ta… - powiedział znudzony Ślizgon nie obdarowując ojca najmniejszym spojrzeniem. Lucjuszowi zrzedła nieco mina.
- Widzę że Nie jesteś zbyt pocieszony. – powiedział ze sztucznym zmartwieniem – Nic nie szkodzi, mam dla ciebie coś, co na pewno cię rozweseli – uśmiechnął się szyderczo i przeniósł wzrok na drzwi do korytarza.
- YAXLEY! DOŁOHOW! WPROWADŹCIE GO TU! – wrzasnął Lucjusz, a z przed pokoju rozległy się znajome jęki. Nagle z drzwi wyłonili się dwaj śmierciożercy z uśmiechami od ucha do ucha, a za grube węzły prowadzili jakiegoś marnie wyglądającego skrępowanego mężczyznę z zaklejonymi ustami Krzyczał. Wciąż krzyczał niezrozumiałe słowa. Był cały posiniaczony i poraniony. Narcyza Nie chcąc oglądać tego widoku uśmiechnęła się uprzejmie do „gości” i wyszła. Draco od razu rozpoznał kto jest ich niewolnikiem. Na jego twarzy momentalnie pojawił się uśmiech. Rzeczywiście, to był pocieszający widok. Niezwykle pocieszający.
  
                                                                        <3 <3 <3 


Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Ten rozdział aż się prosił o dodanie, jednak nie miałam internetu. ;c Już na szczęście ten problem został rozwiązany, i rozdziały będą się pojawiać regularnie ^^